Yangshuo czyli piekło i raj

Yangshuo_China_Danieluk-8
Pociąg klasy D, osiągnął już kilka minut po odjeździe ze stacji Kanton, prędkość 250km/h. Nigdy tyle nie jechałem pociągiem, a może o tym zwyczajnie nie wiem bo nie było nigdzie wcześniej wyświetlacza? Okazało się, że pociąg przyjechał do innej stacji niż sądziliśmy. Wysiedliśmy szczęśliwi i ruszyliśmy w miasto. Po kilkunastu minutach okazało się, że to nie jest centrum miasta, a jakaś prowincjonalna jego część. Długo nam zajęło zorientowanie się jak dojechać na ichniejszy dworzec PKS-u. Autobusem numer 100 ruszyliśmy w 10km drogę do centrum. Moje samopoczucie było bardzo kiepskie, a przyszłość miała dla mnie jeszcze wiele przygód. Czekając na autobus linii 100, wszyscy na nas patrzyli. Byliśmy w okolicy chyba jedynymi białymi. Postanowiłem, że nie zapłacę za przejazd autobusem, chociaż bilet był bardzo tani. Na szczęście w autobusie lektor mówił po angielsku(!) co ułatwiło nam odnalezienie przystanku na którym mamy wysiąść i przesiąść się w inny autobus.

Dworzec PKS-u w miasteczku Guilin nie różni się niczym innym od innych dworców autobusowych w Chinach. Jakieś pomieszczenie z kasami biletowymi, toalety, poczekalnie. Przed małym okienkiem powiedziałem babce z kasy: Yangshuo. Starsza Pani pobrała banknot i wydała resztę wraz z biletami. Patrząc na ten bilet nie potrafiłem odczytać nic, nawet numer peronu. Szybka toaleta…w takiej też nigdy nie byłem. Podesty z których można sikać na ścianę. Zapach oczywisty. Wybiegamy na parking z kilkoma autobusami i do jakiejś Pani z czapką pytam: Yangshuo? Pani palcem pokazuje peron numer 3, a w zasadzie bramkę. Tam stoi autobus. Pusty. Kierowca czeka. Pytam znów: Yangshuo? Facet kiwa głową, jeszcze coś wciągając paszczą i autobus rusza. 60 kilometrów pokonuje w 2 godziny. Pod koniec myślałem, że umieram, tak trzęsło. Jak nigdy.

Wysiadamy i kierujemy się do naszego hostelu (z nazwy, właściwie to hotel). Jest ciemno i duszno. A ja zaczynam się źle czuć, fizycznie. Docieramy do hotelu, styl europejski, taki w którym można odpocząć, pełen drewna i ludzi mówiących po angielsku. Za dobę płacimy 60zł za pokój. W Hong Kongu 150zł, w Kantonie 100zł. Nie mogę zasnąć, zaczynam czuć ból, chociaż materac tak wygodny jak nigdy! Trzeba pamiętać, że materace w chińskich hotelach są tak twarde, że podczas jednego noclegu pod Szanghajem myśleliśmy, że chyba w nocy ktoś po nas skakał.

Budzę się gdy jeszcze za oknem ciepło. Wybudził mnie w zasadzie ból. Postanowiłem poprosić o pomoc w…Polsce. Tak. Firma w której się ubezpieczamy (zawsze gdy opuszczamy Polskę – Ergo Hestia), daje telefon i maila awaryjnego. Ponieważ w podróży do Chin nie można było wykupić taniego pakietu tylko full service, postanowiłem napisać. Ta historia jest ciekawa chociaż wtedy nie było mi do śmiechu. Napisałem zatem maila, że potrzebuję pomocy medycznej, gdzie jestem i kontakt do hotelu bo nie chciałem by ktoś do mnie na komórkę dzwonił. Dostałem odpowiedź bardzo szybko z kilkoma pytaniami. Uwierzcie mi. Dosłownie 2 godziny od chwili kiedy napisałem do Polski do moich drzwi zapukał lekarz. Nazwijmy go Dr. Li bo szczerze mówiąc nie zapamiętał jego imienia. Mówi mi, że zna trochę angielski i chce mi pomóc. Po chwili mówię mu co mi dolega (to żadna tajemnica, ale miałem jakieś srogie zapalenia pęcherza, czytelniczki wiedzą w czym problem, facetom tego nie życzę!), Dr. Li mówi mi, że on tu nie pomoże tylko muszę jechać z nim do szpitala. Myślę: o k….a! Bo ja generalnie wszystkiego co medyczne się boję. Myślę sobie, yolo. Doktor Li każe mi iść za nim. Coś wspominał czy ma wezwać karetkę, ale ja mówię, że nie. Doktor Li mówi, że rowerem przyjechał, że blisko do szpitala, że zaprasza.

Ludowy szpital Yangshuo to miejsce które oglądałem raz w filmie. Takim o wojnie wietnamskiej. Ja takich filmów nawet nie lubię, nie oglądam. Duży plac pełen ludzi i wejście do szpitala z jakimiś wielkimi chińskimi napisami na biało na czerwonym tle. Wejście, że tak powiem, nie było jako takiego. Nawet drzwi nie było. Wchodzę razem z Doktorem Li do środka. Pierwsze co uderza we mnie to ściana dziwnego zapachu, określę go smrodem, połączenie zapachu starych ludzi i koziego mleka. Nie, nie jest to coś dobrego. I teraz najciekawsza sprawa. Doktor Li zabiera mnie do pokoju bez sufitu. Wszystko jest bardzo wysłużone jak gdyby była to scenografia do filmu, a raczej dokumentu o Korei Północnej. Za Doktorem Li, otwarte okno. Widać kłębiących się ludzi na placu przed ludowym szpitalem. Lekarz coś wypełnia, gdzieś coś uderza w klawiaturę i znów mówi do mnie bym szedł za nim. Idziemy do miejsca gdzie mam oddać mocz i krew. Warunki sanitarne to rzecz umowna chociaż przy pobieraniu krwi wszystko było cacy. Doktor Li coś macha rękami i od razu jedziemy starą windą na trzecie piętro. Korytarz. Ciemno. Duszno. Przed wejściem do gabinetu ogromna kolejka. Doktor Li wchodzi do gabinetu i po chwili mnie woła. Wchodzę. To USG. Jeszcze jakaś starsza Pani nie skończyła badania, a już ją ściągają z łóżka. Dziwnie się czuje. Jedyny biały w szpitalu z brodą. Robią mi badanie. Zimny żel i kulka. Koniec badania. Szybko na dół. Lekarz już ma wszystkie wyniki, potwierdza się diagnoza. Potem Doktor Li zabiera mnie do recepcji szpitala (nie, nie wygląda tak jak w Polsce, jest gorzej) i dzwoni gdzieś na numer który ma w chińskim SMS-ie. To namiar na Amy. To chińska agentka od ubezpieczyciela, która tłumaczyła mi język chiński Doktora Li na angielski. Tyle, że przez ten telefon ledwie co było słychać, a moja znajomość angielskiego medycznego słownictwa jest zerowa. No dobra parę słów znam, od wtedy jeszcze więcej. Doktor Li uśmiechnięty znów każe mi iść za sobą. Wchodzimy do dużego pomieszczenia pełnego siedzących ludzi. Smród zwiększa się maksymalnie. Okazało się, że tutaj wszyscy leczeni są za pośrednictwem nie leków jak w Polsce, a kroplówek! Nigdy nie miałem kroplówki. Doktor Li zaczyna mi tłumaczyć proces mojego leczenia. Trzy dni kroplówek (po 2h) i przez 7 dni zielone kapsułki i herbatki ziołowe.

Te pobyty w sali kroplówek to przeżycie jakich mało. Miałem czas by poczytać książkę, a przy okazji czuć na sobie spojrzenia wszystkich. Dzieci swoim Mamom pokazywały na sobie co to broda. Czułem się jak amerykański biały żołnierz który podczas tej wcześniej wspomnianej wojny trafił do szpitala. Marzyłem o maści miętowej pod nos. Dzieci opróżniały się na podłogę (nie mają pieluch tylko przecięte spodnie). W słuchawkach jedna płyta. Czułem się jak w filmie. Kroplówka i herbatki podniosły mnie na duchu i zdrowiu. To nic miłego źle się czuć tak daleko od domu i jeszcze trafić do szpitala…takiego szpitala. Ciężko zresztą mi to nawet opisać w kilku słowach. Po powrocie do Polski miałem badania i moja osiedlowa ursynowska przychodnia to przy tym szpitalu Wersal! Trzeciego dnia chciałem podziękować Doktorowi Li za pomoc, ale kategorycznie odmówił, nawet odmówił mi bym wysłał mu kartkę z Polski. Trochę ciągnąłem za język Doktora Li. Okazało się, że w szpitalu pracuje 10 lat i w ogóle nie ma urlopu, a najdalej gdzie może jechać to jedno „województwo” (prowincja) od szpitala. Generalnie moje samopoczucie, zdrowie, szpital i Ci ludzie, strasznie mnie to przybiło, odebrało siłę, energię, a to nawet nie był środek podróży.

No dobra. Zostawmy szpital. Wybraliśmy Yangshuo (chociaż to takie trochę Mielno polskiej turystyki, albo Zakopane) by pozwiedzać okolice. Przepiękne. Widok tych gór nawet widnieje na banknocie 20 juanów. Udało nam się nawet pożyczyć za grosze rower i pojeździć. Znaleźliśmy małą knajpkę z dobrym jedzeniem i z angielskim menu :)

Film „Zwykłe Rzeczy” o Yahngsuo: https://www.youtube.com/embed/vIXN7Gp98og

Yangshuo_China_Danieluk-1 Yangshuo_China_Danieluk-2 Yangshuo_China_Danieluk-3 Yangshuo_China_Danieluk-4 Yangshuo_China_Danieluk-5 Yangshuo_China_Danieluk-6 Yangshuo_China_Danieluk-7 Yangshuo_China_Danieluk-9 Yangshuo_China_Danieluk-10 Yangshuo_China_Danieluk-11 Yangshuo_China_Danieluk-12 Yangshuo_China_Danieluk-13 Yangshuo_China_Danieluk-14 Yangshuo_China_Danieluk-15 Yangshuo_China_Danieluk-16 Yangshuo_China_Danieluk-17 Yangshuo_China_Danieluk-18

Kanton / Guangzhou

Kanton / Chiny

Wracam z reportażem z podróży po Chinach! (marzec-kwiecień 2015)

Dzień przed opuszczeniem Hong Kongu kupujemy bilety do Kantonu (Guangzhou). Koszt biletu to około 90zł w jedną stronę. Do HK nie trzeba wizy, ale już do Chin tak. Można ją wyrobić gdzieś na granicy, ale my mieliśmy już ją wbitą w paszport. Koszt wizy to 220pln (bez pośredników). Wcześniej także mieliśmy zarezerwowany nocleg, więc dostanie się z HK do hotelu było formalnością. Tak też się stało. Postanowiliśmy z dworca kolejowego pójść na piechotę. Różnica między HK, a Kantonem była ukryta gdzieś w detalach, ale po chwili od razu rzucały się w oczy różnice. Nasz hotel był gdzieś koło dużej stacji metra i ZOO. Trzeba pamiętać, że wybór noclegu to nie tylko czy jest w pokoju wifi czy cena, a głównym aspektem jest miejsce. Warto także poczytać opinie, szczególnie osób z Europy. Dzięki temu można zarezerwować całkiem porządne miejsce.

Myślę, że warto o tym wspomnieć. Internet w Chinach dla obcokrajowca jest sprawą dosyć drażliwą. Jeśli lecicie do Chin to zapomnijcie o korzystaniu z facebooka, gmaila, googla, instagramu, twittera, you tube. Może jeszcze nie wymieniłem wielu rzeczy, ale to zwyczajnie jest zablokowane! Żeby korzystać z Internetu warto mieć w swoim telefonie lub komputerze wspaniałą rzecz jaką jest VPN. Dzięki tej aplikacji (ja korzystałem z tego VPN Express) łapiemy sieć wifi, następnie łączymy się np. z Los Angeles i możemy korzystać. Warto o tym wiedzieć bo na miejscu okaże się, że człowiek jest odcięty od świata, znajomych, rodziny, informacji, pracy i…możliwości rezerwacji noclegów.

Za hotel trzeba zapłacić. Nie wszystkie bankomaty wypłacą pieniądze obcokrajowcom z tej prostej przyczyny, że nie obsługują Visy czy MasterCard, tylko ich lokalny bank. Niestety często można zwyczajnie się wybrać w długi spacer by wyciągnąć pieniądze, a dawanie komuś naszej karty kredytowej w dziwnej recepcji nie jest dla mnie. Wolę gotówkę (o ile wcześniej się nie zapłaciło podczas rezerwacji noclegu np. agoda.com). W Chinach nie ma jako takich kantorów, no dobrze widziałem dosłownie trzy podczas całego pobytu w Chinach. Gotówkę można wymienić na juany (RMB) tylko w bankach. Nie było by w tym nic szczególnego gdyby nie to jak to wygląda. W Polsce np. w kantorze dajemy 100pln i za dosłownie 30 sekund mamy już euro. Tutaj w banku proces wymiany waluty trwa do 30…minut! Człowiek swoje musi wystać. Podchodzi do okienka i daje paszport i kasę. Potem skanowanie, 42 podpisy, czekanie, czekanie, 12 podpisów i w końcu mamy upragnioną walutę lokalną by zapłacić. Trochę to wygląda jak zakładanie konta w banku…a i jeszcze ważna informacja. Nie wszystkie banki wymieniają pieniądze. Pewniakiem jest Bank of China.

W hotelu (i tu zaczyna się główna różnica miedzy Hong Kongiem, a Chinami) język angielski to niczym dla mnie łacina. Porozumiewanie się w Chinach to jest z lekka dramat, oczywiście nie mówię, że się człowiek nie dogada, ale jest do droga przez piekło. Nasz hotel może na warunki europejskie niczym nie odstawał, nie było to szaleństwo, ale przy noclegu w HK to był apartament. Na szczególną uwagę zasługuje pewna ciekawostka, że w 90% miejsc w których spaliśmy drzwi od łazienki były przezroczyste. Człowiek sobie leży na łóżku i ogląda jak nasza druga połówka korzysta z toalety. Tego powiem Wam nie zrozumiałem do dziś o co z tym chodzi…chociaż może jednak wiem, ale o tym w innym etapie podróży.

Kanton był dla nas 2 dniowym aklimatyzacyjnym miastem przed podróżą w głębię Chin. Pierwszy raz kupiliśmy sami bilety na pociąg i ruszyliśmy w podróż z Kantonu do Guilin. Jak wygląda zakup biletu? Człowiek idzie na dworzec kolejowy. Jest specjalna sala wielkości hali sportowej. Dwadzieścia kolejek po sto osób. Nad kasami tablice. Wszystkie(!) napisy w języku chińskim. Proszę pamiętać, że ja języka tego nie znam, nawet nie próbowałem zrozumieć. Nagle na jednej z tablic pojawia się magiczne słowo BOOKING. Myślę, idziemy! Stoimy w kolejce pełnej ludzi. Czuję jak mali Chińczycy napierają na mnie swoimi małymi ciałami. Tutaj uwaga. Mam 180cm wzrostu. Kasia ma 162cm. I ona była wyższa jak większość ludzi w kolejce. Proszę zatem wyobrazić sobie jak się czułem. No dobra. Napierają na mnie. Zaczynam się lekko gotować. Na sali jest ogrom ludzi. Każdy się pcha, pluje, charcze. Ten co za mną napierał na mnie, miałem ochotę odwrócić się i go zdzielić ręką prosto w twarz. Wytrzymałem. Wsuwam w małe okienko kartkę z napisem dwóch miast. Po angielsku i po chińsku. Nawet zaznaczyłem jaki pociąg mnie interesuje. Nic z tego. Pani palcem pokazuje, że nie ma biletów, że jakiekolwiek miejsca będą wieczorem. Kiwam głową, chcę opuścić ten dworzec, uwolnić się od tego piekła. Na zewnątrz duszno i gorąco. Zakup biletu to szalenie ciekawe doświadczenie, zupełnie coś innego jak u nas w Polsce. O pociągach chciałbym napisać kilka słów, ale nie dziś.

Wieczorem następnego dnia docieramy do miasteczka Yangshuo. Nie spodziewałem się, że następnego dnia trafię do szpitala. Ludowego szpitala…

Kanton_Danieluk-1 Kanton_Danieluk-2 Kanton_Danieluk-4 Kanton_Danieluk-5 Kanton_Danieluk-6 Kanton_Danieluk-7 Kanton_Danieluk-8 Kanton_Danieluk-9 Kanton_Danieluk-10 Kanton_Danieluk-12 Kanton_Danieluk-13 Kanton_Danieluk-14 Kanton_Danieluk-15 Kanton_Danieluk-16

Hong Kong 02

Hong_Kong_Danieluk_026 Hong_Kong_Danieluk_027 Hong_Kong_Danieluk_029 Hong_Kong_Danieluk_030 Hong_Kong_Danieluk_031 Hong_Kong_Danieluk_032 Hong_Kong_Danieluk_033 Hong_Kong_Danieluk_034 Hong_Kong_Danieluk_035 Hong_Kong_Danieluk_036 Hong_Kong_Danieluk_037 Hong_Kong_Danieluk_038 Hong_Kong_Danieluk_039 Hong_Kong_Danieluk_041 Hong_Kong_Danieluk_042 Hong_Kong_Danieluk_043
Druga część fotografii z pobytu w Hong Kongu.

Książka tytułu nie pamiętam


Jezioro Turawskie na kilkanaście minut. Uwielbiam to miejsce. Wracać i delektować się nim. Nawet chętnie bym tam zamieszkał…

Kiedyś, nawet nie pamiętam kiedy dorwałem jakąś książkę. Takiej której tytułu nie pamiętam, ale dotyczyła jakiegoś polskiego artysty. Książka biograficzna i chyba nawet nie skończyłem jej czytać. Mniejsza o większość. W każdym razie był tam rozdział o jego młodości, latach studenckich. Pamiętam, że nie dostał się do szkoły filmowej w Łodzi i studiował w innym mieście, a potem jednak wrócił do Łodzi i skończył filmówkę. Ja wtedy pomyślałem sobie, że też tak chce. Dziś więcej jak 10 lat od chwili kiedy trzymałem ową książkę stwierdzam, że nasze drobi były podobne. Nawet śmieje się do siebie, że właśnie pisze się kolejny rozdział mojej książki, która pewnie w takiej formie nigdy nie powstanie bo zwyczajnie nie była by ciekawa, ale…ostatnio więcej filmuję jak fotografuję i to mnie zastanawia. Czy taka droga jest rzeczą naturalną?


Jeden z dwóch spotów promujących konkurs fotograficzny Empiku (tutaj jest drugi)

Ostatni czas jest wyjątkowo aktywny. Sporo pracuję nad swoimi rzeczami, a także nad tymi które powodują, że moje życie jest ciekawe, aktywne, pracowite i stwierdzam sam sobie, że nie mam czasu na marnowanie czasu, chociaż trochę bym chciał. Uskarżam się sobie sam, że doba to mało, że gdyby tak była o 12 godzin dłuższa to w końcu miałbym czas coś zrobić więcej, niestety człowiek jest taki, że czasem fizycznie nie da rady. Czuje, że to takie intro do czegoś dużego.

Na początku maja miałem sen (śmieje się z tego!) w którym na jakiejś imprezie łapię Anję Rubik (gdzie mi do mody!) i proszę ją o selfie ze mną…kilka dni później bo niespełna tydzień, miałem takie zdjęcie w swoim telefonie gdzie spotkałem ją na gali kończącej festiwal filmowy w Krakowie. Gdyby nie sen nie chciałbym takiego zdjęcia bo Rubik nie jest moim klimatem, ale musiałem to zrobić i o tym napisać bo mnie ta sytuacja śmieszy i cieszy :)

11084998_836242569788895_1185871657_n 11176077_366216363579054_24002033_n 11176367_756841817766216_184847763_n 11176599_838699789510966_39889300_n 11202531_994664487217985_924353976_n 11205928_353503544860651_1266916728_n-2 11226616_1595631230713971_822741131_n 11258536_1622265414676304_502190891_n 11265937_781627471956686_394645935_n

A niebawem dalej będę kontynuował wrzucanie i pisanie o podróży do Chinach…

Hong Kong 01

Hong_Kong_Danieluk_002

Hong_Kong_Danieluk_025

Hong_Kong_Danieluk_024

Hong_Kong_Danieluk_023

Hong_Kong_Danieluk_022

Hong_Kong_Danieluk_021

Hong_Kong_Danieluk_020

Hong_Kong_Danieluk_019

Hong_Kong_Danieluk_018

Hong_Kong_Danieluk_017

Hong_Kong_Danieluk_016

Hong_Kong_Danieluk_015

Hong_Kong_Danieluk_014

Hong_Kong_Danieluk_013

Hong_Kong_Danieluk_012

Hong_Kong_Danieluk_011

Hong_Kong_Danieluk_010

Hong_Kong_Danieluk_009

Hong_Kong_Danieluk_008

Hong_Kong_Danieluk_007

Hong_Kong_Danieluk_006

Hong_Kong_Danieluk_005

Hong_Kong_Danieluk_004

Wydaje mi się patrząc na całą podróż, Hong Kong to jedyne miejsce na całej trasie w którym mógłbym żyć gdyby mi kazano. Połączenie nutki brytyjskiej z nutką chińską. Dziś z przewagą 85% tego drugiego. Podczas wyjazdu opublikowałem jeden tekst na blogu:

Ciężko oddychać. Cieżko tak samo pisać. Od kilku dni mieszkam w Hong Kongu. To miasto mnie przeraża i fascynuje. Chociaż bardziej to pierwsze. Każda nacja daży do jakiego raju. Hong Kong nim dla mnie nie jest. Szczególnie to widać z perspektywy pokoju w którym mieszkam. Na szczęście nie ma długo. Poprzedni pokój nie miał okna. Na początku szok. Ten nowy ma okno. Widok jednak taki o którym człowiek chciałby jak najszybciej zapomnieć. O tym miejscu w którym mieszkam podobno nawet powstał film. 120 rożnych nacji. Moze to sie wydać dziwne ale to miasto wysysa ze mnie moja energię. A moze tak zwyczajnie przebiega proces aklimatyzacji do kultury która tak bardzo różni sie od tego co mamy za oknem. Nie wiem. 

Próba sił. Próba siebie samego.

Pierwsze cztery noce spędziliśmy przy głównej ulicy półwyspu Kowloon w pokoju bez okna. Wyobrażacie sobie jak to jest? Kiedy tylko człowiek wstaje nie wie czy jest noc czy dzień. Wielkość pokoju to tylko 5 metrów kwadratowych. Długość łóżka jest taka, że kiedy dotykam głową ściany moje stopy całą swoją długością dotykają ściany. Klaustrofobiczne. Na jednej ze ścian wisi telewizor. Wśród chińskich kanałów są te anglojęzyczne. Dopiero później tak bardzo to docenię. W pokoju jest duszno, a wilgotność powietrza dochodzi do 90%. Wyobraźcie sobie suszenie swojego prania. Miejscowi radzą sobie w ten sposób, że ubrania zwyczajnie wiszą na zewnątrz budynku. O balkonach zapomnijcie. Tutaj coś takiego nie istnieje.

Hong Kong podczas życia w Polsce był dla mnie jakimś połączeniem wysokich budynków i filmów z Jackie Chanem. To wszystko. Aha jeszcze znany widok z telewizji. Tak czasem kojarzą się takie wielkie i znane miejsca. Rzeczywistość potrafi zaskoczyć, ale dopiero po powrocie do domu, potrafię ocenić, oszacować, wyrazić swoje zdanie. To trochę tak jak by ktoś przeczytał książkę do połowy i ją ocenił. Nie da się tak. Wydaje mi się, że 7 długich dni w Hong Kongu to wystarczający czas by poczuć to miasto, a podróżując metrem z wyspy na półwysep do jednej z dzielnic tego miejsca, można poczuć życie miejscowych ludzi. Tutaj wniosek jest jeden. Doceniam przestrzeń w jakiej żyję i jej wielkość.

Krążąc po mieście można spotkać wielu białych turystów i co ciekawe, dopiero po 27 dniach napotkałem naszych z Polski. Dziwne to uczucie. W każdym razie HK to szalenie klimatyczne miasto, które mnie osobiście fascynuje budynkami mieszkalnymi. O tym jeszcze będzie wpis bo nie ukrywam, ale to właśnie blokowiska skłoniły mnie i Kasię do tego by przylecieć właśnie tutaj do tego przeludnionego miasta o pięknej bujnej naturze. Ogólnie mimo swoich wad i zalet, chyba po powrocie mam zapis w głowie jedynie dobrych rzeczy, chociaż od powrotu do Polski (dziś) minęło prawie 3 tygodnie.

Ciekawą i dosyć pomocną rzeczą w szukaniu wszelakiej maści inspiracji jest…Instagram. To dzięki niemu wcześniej wyszukaliśmy miejsca gdzie chcielibyśmy zrobić zdjęcia. Dzięki geotagom była to wręcz formalność. Dopiero na miejscu korzystając z Internetu zacząłem czytać o rzeczach które mnie poruszyły. Internet, a szczególnie jego prędkość to chyba był największy plus noclegu, który jak pisałem jest mały i drogi. Pod tym względem to miasto nie jest tanie. Reszta ceny ciutkę większe jak u nas, transport jednak wychodzi znacznie drożej jak w Warszawie. Dla przykładu przejazd dwóch stacji z półwyspu (Kowloon) na wyspę (Hong Kong) to koszt około 6/7pln. Przepłynięcie tego promem to koszt 1pln.

W następnym wpisie opiszę o samych przygotowaniach do wyjazdu, problemach białego człowieka i kolejnym dniu w tym wielkim mieście. A może sami macie jakieś pytania?

W bonusie mój pierwszy epizod Zwykłych Rzeczy właśnie o i z Hong Kongu:

Cepeliada

928816_1558882214373421_1927388057_n Czas. Miejsce jest. nawet bardzo dużo miejsca, ale doba się skurczyła do połowy. Przecież trzeba spać, śnić. Trzeba.

Od powrotu do Polski z Chin minęło już prawie trzy tygodnie, a ja zwyczajnie nie mam czasu by przysiąść nad fotografiami jakie tam zrobiłem. Może czekają, może się kurzą, może już nie istnieją, a jednak są, czekają, są świeże, bardzo. Nic na to nie poradzą, może za kilka dni kiedy minie miesiąc od powrotu w końcu zacznę wrzucać tu całe serie.

Do dnia dzisiejszego skupiłem się mocno na Zwykłych Rzeczach w Chinach. Do tego ogrom pracy. Przeogrom. Przedużo. Przewszystko. Bloga mojego zapuściłem totalnie. Komisyjnie stwierdzam, prawda. Tu powtarzanie tych rzeczy nic nie da, nie pomoże, nie napisze, nie wrzuci. Dlatego jeśli ktoś tu wchodzi niech da znać :)

Kilka dni temu na ulicy w centrum Warszawy spotkałem takiego człowieka. Siedział i patrzył. Czy on liczy czas?

Cierpliwości. Niebawem zdjęcia z Chin :)

Chiny. Słodko-gorzki smak

Chińska Republika Ludowa / Hong KongHong Kong / Park Narodowy Zhangjiajie

Ostatni miesiąc spędziłem z Kasią w Chinach. Nawet więcej jak miesiąc co czyni ten wyjazd najdłuższą moją podróżą w życiu. Podróżą w sensie, drogi, różnych miejsc, wyprawa z aparatem w plecaku. Przez ten czas przejechaliśmy pociągami prawie 5000 kilometrów na trasie z Hong Kongu do Pekinu. Dziś jeszcze ciężko przysiąść mi do tego materiału, szeregu myśli i tego wszystko co zapisałem sobie w moim notesie by napisać serię różnych wpisów o tym co udało nam się przeżyć, a nie było tego mało, nawet w pewnych kwestiach o wiele wiele za dużo. Ci którzy śledzili moje konto na Instagramie doskonale widzieli gdzie byłem, co widziałem i co się działo. Instagram to trochę jak przekaz live. Dziś jest pamiętniczkiem. Podoba mi się to. Tak jest.

Jeśli ktoś z Was planuje wyjazd do Chińskiej Republiki Ludowej niech się zastanowi poważnie. Wyjazd do Chin nie jest wyjazdem z kategorii wyjazdu do Londynu czy Moskwy, nie mówiąc już o USA. Jeśli ktoś z was nie ma w sobie ogromnych pokładów cierpliwości, spokoju, tolerancji, a jego psychika jest zbyt europejsko-zachodnia, niech sobie Chiny odpuści. Zwyczajnie. Będąc w 2011 roku w Pekinie, po tygodniu pobytu byłem zmęczony zachowaniami lokalnych ludzi. Kilka miesięcy temu powróciłem znów do Azji. Dałem sobie czas odpocząć, wyzerować moje odczucia co do Azji i w tym roku rzuciłem się na głęboką wodę. Inaczej wyjazdu do Chin nazwać nie można i chociaż minęło dosłownie kilka dni od powrotu do Europy, uważam że takie wyjazdy jak ten działa na człowieka jak hartowanie na stal. Oczywiście Hong Kong, a Chiny to delikatnie mówiąc dwie różne rzeczy, a w ogóle tamten region to już zupełnia inna planeta. Ja czułem się tam czasami jak ciemnoskóry obywatel Afryki w Polsce lat 50-tych. Kilka dni jest to pewnego rodzaju frajdą, potem już utrapieniem.

Ten wpis traktuje jako początek opowieści o podróży do Hong Kongu i Chin. Była to wyprawa która po raz kolejny uświadomiła mi, że Chiny to pięknie zapakowany cukierek. Już człowiek trzyma go w rękach, już czuje piękny smak słodyczy, już ma go w ustach i czuje ten stan kiedy cukier rozchodzi się po całym ciele, gdy jednak go rozpakuje okazuje się, że cukierek jest spleśniały. Takie są Chiny. Ogrom gospodarczy to rzeka betonu, szerokich placów, pustych miejsc. Miliard ludzi, trzysta milionów przelewa się przez dworce kolejowe, a biały człowiek, którym jestem ja jest niczym obserwatorem tego co go w zasadzie nie dotyczy. Chiny to dla mnie kraj zamknięty. Wystarczy przecież zobaczyć, że większość rzeczy ze świata zachodniego jest tam zablokowane, a cenzura w Internecie to nic nadzwyczajnego.

Jadąc do Chin nie wychodziłem z założenia, że chce je zrozumieć bo tego zwyczajnie się nie da, patrząc na wschód od Polski, mam wrażenie, że tylko w jakiejś części udało mi się zrozumieć, wczuć w mentalność, tak to co dzieje się w Chinach jest poza moim zasięgiem. Przez ten miesiąc miałem okazję porządnie się najeść, przejechać pociągiem z prędkością 300km/h, zobaczyć chińską kopię wieży Eiffla, trafić do ludowego szpitala, niejednokrotnie mieć ochotę rozszarpania chińczyków, spacerować po wielkim murze czy stać na dachu jednego z wieżowców mieszkalnych w Hong Kongu, spać w pokoju bez okien czy zwyczajnie dobrze się wyspać.

Jednocześnie zbieram się do zmontowania filmu z wyjazdu. Ograniczenie czasowe trochę wydłuży pracę nad nim, ale mam nadzieję, że będzie warto i ktoś dzięki foto + video zdecyduje się na własnej skórze poznać Chiny :)

HKG


Cieżko oddychać. Cieżko tak samo pisać. Od kilku dni mieszkam w Hong Kongu. To miasto mnie przeraża i fascynuje. Chociaż bardziej to pierwsze. Każda nacja daży do jakiego raju. Hong Kong nim dla mnie nie jest. Szczególnie to widać z perspektywy pokoju w którym mieszkam. Na szczęście nie ma długo. Poprzedni pokój nie miał okna. Na początku szok. Ten nowy ma okno. Widok jednak taki o którym człowiek chciałby jak najszybciej zapomnieć. O tym miejscu w którym mieszkam podobno nawet powstał film. 120 rożnych nacji. Moze to sie wydać dziwne ale to miasto wysysa ze mnie moja energię. A moze tak zwyczajnie przebiega proces aklimatyzacji do kultury która tak bardzo różni sie od tego co mamy za oknem. Nie wiem.

Próba sił. Próba siebie samego.

Na próżno

10995144_357896637732823_1041268758_n

Ostatnio wiele się dzieje. Dużo dobrych rzeczy, ale także i tych które sprowadzają człowieka na ziemię. Może te gorsze sprawy pominę bo przecież to nie kółko żali i smutków! No więc tak..

Tydzień temu w sieci pojawił się kolejny, już czwarty odcinek mojego małego video-projektu „Zwykłe Rzeczy” i zapraszam wszystkich do obejrzenia mojego spotkania z ciekawym gościem!

W tym tygodniu pojawił się także film którego jestem współautorem zdjęć, materiał komercyjny dla Emplo z produkcją chłopaków z Only Only. Nie mam czasu się nudzić i to mnie cieszy! :)

Dodatkowo pojawił się też krótki klip (także ze stajni Only Only) zrobiony dla HUSH Warsaw. Czyli jak widzicie sami sporo materiałów wideo…a gdzie fotografie? Też się produkują, ale nie ukrywam większość jest dla kogoś i po coś, takie których na fotoblogu nie ma sensu publikować. A właśnie…wystąpiłem w Cyber Info u człowieka którego chyba najdłużej śledzę na YT, czyli Cyber Mariana ;)

I wiem, że na jakiś czas wstrzymam możliwość publikowaniu tu na blogu, więc zapraszam na mój Instagram.

Do zobaczenia!

Browar

Browar_1
Browar_6
Browar_5
Browar_4
Browar_3
Browar_2
Browar_7
Browar_16
Browar_15
Browar_13
Browar_12
Browar_11
Browar_10
Browar_8
Browar_18
Browar_26
Browar_25
Browar_24
Browar_23
Browar_22
Browar_21
Browar_20
Browar_19
Browar_27
Browar_36
Browar_35
Browar_34
Browar_33
Browar_32
Browar_30
Browar_28
Opuszczony budynek browaru w Niemodlinie (Opolskie). W 2002 roku nie było tam już ani jednej pełnej butelki z piwem. Dziś wszystko zniszczone, rozkradzione.