Woreczek różności

5530
Kubek. Szklanka. Pełna ciepłego czaju o głębokim smaku. Do tego miód. Połączenie działa jak jakiś narkotyk. Pobudza, rozpieszcza cały przewód od ust po wnętrze. Do tego radio wypełnione muzyką jazz. Na podłodze leży szereg różnych małych drobnych elementów. To mi przypomina, że dziś jest dziś, może nie jest to do końca zrozumiałe, ale daje mi to dużo dziwnej, nieznanej mi radości. Te małe przedmioty z jednej dziedziny pozwolą mi na więcej.

Jesień szybko pędzi na spotkanie z zimą, a ja razem z nią. Oboje się spieszymy do przodu. Oboje wiemy co nas czeka, zima z jesienią schowa się w kuble na brudną bieliznę, a ja dalej będę maszerował. Ten cel zaczyna we mnie ożywać, energia i siła. Czekam.

Jest we mnie ogrom radości!

Oktyabrsky, Tiraspol

5514 5515 5516 5517 5518 5519 5520 5521 5522 5523 5524 5525 5526 5527 5528 5529
Okolice naszego hotelu. Chwilę przed zmrokiem, chwilę przed i po świcie. Mieliśmy tak mało czasu. Miałem wrażenie, że trafiłem do blokoraju.

W rękach mieliśmy już bilety na nasz pociąg. O 9:40 wyjechaliśmy z Tyraspolu w kierunku Odessy. Na dworcu czekaliśmy tylko my! Podeszła do nas milicjantka i poprosiła o zwrócenie kart migracyjnych, tak też zrobiliśmy. Kiedy pociąg ruszył z ukrytym żalem rozstawałem się z obrazkiem za oknem. Ponieważ wstałem z Dawidem o nieludzkiej godzinie by się spakować i przywitać naddniestrzański świt, zasnąłem czytając książkę. Następna stacja Odessa.

Tyraspol, stolica której nie ma

Приднестровская Молдавская Республика to nic innego jak Naddniestrzańska Republika Mołdawska (PMR). Wydaje mi się, że wstęp do tej części podróży jest wręcz obowiązkowy bo przecież nie wszyscy mają obowiązek orientować się w geopolitycznej mapie Europy. W paru słowach opiszę dlaczego od zawsze chciałem przyjechać do Tyraspola.

Naddniestrze to kraj który ma długość około 200km, a szerokość od 12 do 15km. Od 1990 roku kraj ten ogłosił swoją niepodległość i jest jedynie uznawany przez Abchazję i Osetię Południową (głównych bohaterów wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 roku). Do całości swoją rękę przykładała i nadal to robi Rosja, chociaż dla wielu nadal jest to część Mołdawii. Polska tego kraju rzecz jasna nie uznaje i nie zaleca tam podróży. Jak łatwo się domyślać nie ma tam żadnego konsulatu. W PMR używa się języka rosyjskiego, obowiązuje tam ich własna waluta która poza granicami tego „kraju” jest bezwartościowa. Miałem wizję kraju który zatrzymał się w czasie, gdzie czuć ducha ZSRR, gdzie nad miastem górują Leniny z sierpami i młotami. Taka mała Korea Północna w Europie.

W chwili kiedy Putin ze swoimi żołnierzami najechał Krym i bezprawnie odebrał go Ukrainie, społeczność PMR poprosiło o włączenie ich do Federacji Rosyjskiej, bez skutku. Generalnie na ternie PMR przebywa nadal rosyjska armia, a władze tego kraju trudnią się nie do końca legalnymi sprawami związanymi z handlem. PMR nie posiada cywilnego lotniska, a turystyka tu raczej nie kwitnie, chociaż dumą PMR jest koniak.

Kiedyś widziałem fotografie ze stolicy PMR i stwierdziłem, że kiedyś tam pojadę. Pojechałem, byłem i wróciłem, uważając ten etap podróży jako najlepszy i umieszczam go bardzo wysoko na liście miejsc w których byłem, ze względu na klimat i specyfikę podróżowania.

PMR

Rano z Dawidem porządnie najedliśmy się hotelowym śniadaniem i udaliśmy się na piechotę na dworzec autobusowy. Pani z kasy powiedziała, że biletu nam nie sprzeda bo może to zrobić kierowca. Na końcu dworca znalazł się peron dla autobusów jadących w kierunku PMR. Minibusik z napisem VIP po chwili się zapełnił ludźmi i towarami. Widać, bardzo dużo ludzi podróżuje na tej trasie. Po pewnym czasie autobusik zatrzymał się przed betonową barierą i opancerzonym samochodem, którego pilnowali żołnierze. Po prawej stronie mała budka graniczna. Wszyscy wyszli z autobusika i poszli do białego baraku. Ponieważ wszyscy byli szybko skontrolowani postanowiliśmy stanąć na końcu kolejki. Podaliśmy nasze paszporty, pokazaliśmy że mamy rezerwację (wydruk w języku rosyjskim) i czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Sporo naczytałem się przed podróżą jak trudno przekroczyć granicę i ile to niby się płaci i ile to niby problemów. Nic z tych rzeczy. Nasza obawa o problemy została rozwiana po tym jak pogranicznik wręczył nam wschodni kwit w postaci karty migracyjnej (nienawidzę ich!) i pokazał nam godzinę 11:38 sekund 30 z datą następnego dnia. Jeśli byśmy nie mieli noclegu dostalibyśmy tylko 10 godzin na pobyt w PMR. Z noclegiem 24 godziny. O tej godzinie nie mogło nas już być na terenie ich „kraju” inaczej…aż strach pomyśleć! Trochę słabo…

Spacerowaliśmy prawie do zmroku. Spacerując po głównych ulicach miasta, obserwując tą małą stolicę. Gdzieś w drodze do budynku Prezydenta PMR (którego fotografować nie wypada, a w innych miejscach fotografować nie wolno i o tym przypominają stosowne znaki), zaczepił nas młody chłopak, który od razu po angielsku zapytał nas jak nam się tu podoba. Dziwne uczucie. Od razu zapytałem go gdzie jest budynek Prezydenta, ten jasno powiedział, że trzy skrzyżowania dalej. Zapytał jeszcze jak nam się podoba „no land” i czy napijemy się ich wina? W chwili kiedy powiedział no land, w jego głosie pojawił się ogromny smutek. Idealnie pasujący do całego tego miejsca, historii i atmosfery. Chłopak chciał pogadać, podszlifować angielski, ale ja czułem, że nad nami wisi piętno 24 godzinnego pozwolenia na pobyt. Ładna pogoda jeszcze dorzuciła swoje. Z jakimś wewnętrznym żalem zakończyłem stanowczo rozmowę i poszliśmy dalej, zobaczyć wielkiego Lenina na tle rządowego budynku.

W tej chwili w naszych głowach zrodziła się pewna wizja Państwa, które nie istnieje, a zostało stworzone do celów filmowych. To nic innego jak Krakozja, Państwo z którego przyleciał Tom Hanks do Nowego Jorku i nie mógł się wydostać z lotniska bo w Krakozji doszło do zamachu stanu (wojna domowa?), a jego paszport stracił ważność. Mowa oczywiście o filmie Terminal. Myśl o Krakozji nie da nam żyć do czasu lądowania w Warszawie.

5496 5497 5498 5499 5501 5502 5503 5504 5505 5506 5507 5508 5509 5510 5511 5512 5513Kiedy odebraliśmy nasze rzeczy z dworcowej przechowalni, wsiedliśmy do autobusu który jak się okazało jedzie tam gdzie nasz hotel. Miły kierowca poinformował nas, że tu jest nasz przystanek. Kiedy wysiedliśmy i obraliśmy kierunek „nocleg” wiedziałem, że będę musiał o tym napisać oddzielny wpis! :)

Piąte piętro

5477 5478 5479 5480 5481 5482 5483 5484 5485 5486 5487 5488 5489 5490 5491 5492 5493 5494

Poranek. Spacer po Odessie i kierunek dworzec kolejowy. Każdy dworzec ma swoje miejsce gdzie można zostawić bagaż, warto z tego skorzystać. Plecy lżejsze. Przed oczami rozkład jazdy z szeregiem różnych miast. Peronów 10. Nasz pociąg odjeżdża z peronu 6, którego zwyczajnie nie ma. Nie rozumiem tego, ale pociąg stoi. Gdzieś jak by na uboczu stacji. Wagonów jest 5. Taki mamy na bilecie. Na peronie widać tylko cztery. Trzy z nich mają drewniane siedzenia. Nasz jest luks. Konduktor powtarza tylko: polsza, polsza, polsza. Trzymając nasze bilety coś notuje na nich i sprawdza paszporty. Nazwiska się zgadzają. Wchodzimy. Są wolne miejsca tuż przy barze, takim jak w polskim warsie. Chcemy usiąść, ale konduktor macha ręką, nie pozwala. To jego miejsce. Idziemy dalej, czujemy jak temperatura wzrasta, jest cholernie gorąco. Mamy miejsca na końcu wagonu. Normalnie siedziałaby tu jedna osoba, ale jakoś się upchnęliśmy. Gorąco, smrodek. Przed nami ściana. Wizja jazdy na twardych siedzeniach nie jest za wesoła, ale na ścianie wisi telewizor. Podczas tej podróży nie będzie grał. Drzwi przed nami są takie jak od jakiejś toalety. Nad nimi wisi obrazek jakiegoś świętego. Pociąg rusza. Będzie jechał 5 godzin do celu. Odessa – Kiszyniów. Gdzieś mniej więcej w połowie pociąg zatrzyma się jeszcze na stacji Tyraspol, to stolica Naddniestrza. Kraju no land, którego nie ma, a jest. Przez firankę zerkam na oświetlony budynek dworca kolejowego. Nie powiem, ale strasznie się nakręcam. Po wyjściu z pociągu po 5-cio godzinnej drodze, nie czuję tyłka. Na mapie zaznaczony hotel, widać go z dworca. Jest bardzo blisko.

Hotel Cosmos. Kiedy tylko zobaczyłem go w bazie noclegowej od razu stwierdziłem: muszę tam spać! Hotel mieścił się przy jednej z głównych ulic. Hotel miał może z 20 pięter. Ciężko dokładnie to było stwierdzić bo winda nie jechała na ostatnie piętro. Mieliśmy ogromną nadzieję, że dostaniemy jakieś wysokie piętro by podziwiać miasto. Nic z tego. Okazało się, że nasz hotelowy pokój jest na 5-tym piętrze. Z wspaniałym widokiem musieliśmy się pożegnać, ale jeśli mielibyśmy dostać inny pokój to chyba wolałbym już to 5-te piętro. Wehikuł czasu! Miałem wrażenie, że jestem w 1985 roku i jestem w Związku Radzieckim. Zaczęliśmy sobie z Dawidem wkręcać, że jedyne czego nam tu brakuje to wbudowanych podsłuchów w ścianach. Na jednej z nich wisiała klimatyzacja. Chyba najbardziej cenna rzecz bo zaczęło robić się bardzo zimno. Wieczorem poszliśmy kupić wodę. Znaleźliśmy sklep, ale po długim spacerze. Wydawało się, że okolice to jedynie kasyna i nocne kluby. Tuż obok sklepu był wielki budynek. To opuszczony Hotel National. Postanowiliśmy następnego dnia tam wejść. Dzięki Instagramowi, okazało się, że można spokojnie wejść na dach.

Wstaliśmy rano i poszliśmy w miasto. Od samego rana klimatyzator huczał i dawał dużo ciepła. Noc byłą zimna, a dopiero wieczorem odkryliśmy, że w szafie są koce. Dużo ciepłych koców. Weszliśmy na dach Hotelu National i tam nagrałem małe wideo do zobaczenia tutaj.

Generalnie wydawało mi się, że Kiszyniów to zapyziałe miasto, dziura, najbiedniejsza stolica Europy. Mile się zaskoczyłem. Bardzo mile! Chociaż pewnie poza granicami miasta widać już gorszy standard życia, ale gdzie tak nie jest? Mołdawia obrała kierunek Europa co cieszy. Zresztą to widać bo można było zobaczyć flagi UE. Sporo spacerowaliśmy po mieście, jeździliśmy trolejbusami, chodziliśmy między typowymi blokowiskami. Jednym z ciekawszych miejsc był „najpiękniejszy cyrk ZSRR” który znajdował się przy bulwarze Grigore Vieru. Już przed przyjazdem wiedzieliśmy, że cyrk jest opuszczony. Niestety nie udało nam się wejść do środka. Tuż za starym w pięknym stylu wybudowanym obiektem był nowszy cyrk. Okazało się, że w niedzielę jest tam jakiś spektakl i obok chodziło bardzo dużo ludzi. Musieliśmy obejść się smakiem.

Przed powrotem do hotelu dotarliśmy na dworzec autobusowy. Ponieważ z Kiszyniowa jest jeden pociąg do Odessy który jedzie przed Naddniestrze o godzinie 7:20 i na miejscu jest 9:40. Pomyśleliśmy, że bez sensu jest wstawać tak rano, odpuścić sobie dobre hotelowe śniadanie (pierwszy raz na wschodzie podawali dobre śniadanie!), zarwać sen, stracić energię i czas by pojechać pociągiem, więc na dworcu autobusowym, bardzo podobnym do tego z Odessy, ale z normalnymi kasami, rozkładem jazdy i hallem, dowiedzieliśmy się, że co 20 minut z Kiszyniowa można odjechać do Tyraspolu (chociaż nazwa Tiraspol bardziej mi się podoba), a cena to około 9 złotych. Bilety można kupić w kasie lub u kierowcy.

Wieczór spędziliśmy na wyprawie w stylu „Top of the Cosmos” czyli chcieliśmy wjechać na ostatnie piętro i zobaczyć nocne życia miasta. Windą się nie dało. Okazało się, że hotel ma schody ewakuacyjne i tak udało dojść się prawie na sam szczyt. Widok cudny. Robimy zdjęcia i wracamy do pokoju. Dawid sączy jakieś lokalne piwka, oglądamy telewizję. Typowy wieczór tej wyprawy. Ja napawam się tym klimatem, sowieckiego designu. Na stoliku leży gazeta którą dostałem od jakiejś socjalistycznej partii (byliśmy przed wyborami w Mołdawii) ze zdjęciem Putina na pierwszej stronie.

Kołdra, podwójny koc, klimatyzacja na 31 st.C. Można iść spać mimo, że ja zimna się nie boję i lubię.

Jutro wpis z podróży do Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej, która jest niczym Krakozja, Państwo którego nie ma, a jest.

Dawid szuka horyzontu

Może zacznę trochę inaczej bo w zasadzie wszystko jest inne. Wracam do regularnego prowadzenia fotobloga, który przechodzi na bloga i zmienia swój adres z robertdanieluk.com na robertdanieluk.com/blog, a to jest bardzo ważna zmiana bo pozwoli mi to na dokończenie wielu rozgrzebanych spraw i pozwoli w końcu zrobić moje portfolio, które od kilku lat pojawia się w jakiejś okrojonej wersji i zaraz znika. Ten wpis jest też stosunkowo ważny bo oświadczenia nie rzucam w powietrze. Czas zmian nadszedł!

Odessa | Ukraina
Na czym to skończyłem, aha? Na tym, że prawie trzy tygodnie temu razem z super kompanem do podróżowania, Dawidem byliśmy w Odessie. Mieście ciekawym, trochę zaniedbanym i po sezonie letnim zapomnianym. Spokojnie, gdy przyjdzie lato, znów wiele osób będzie o nim marzyć. O plażach morza czarnego, ciepłych podmuchach wiatru i energią. Tego wszystkim życzę i właściwie sobie, bo lato mi jakoś umknęło, a kiedy znalazł się czas na jego degustację to niebo pokryło się chmurami i deszczem. No więc…wracam do podróży. Poprzedni wpis „Pryvit Odesa” opisuje początek i wprowadzenie do wyjazdu. Następnego dnia po przylocie i wstępnym zapoznaniu się z widokiem nocnego morza wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Mieliśmy cały dzień. Wstaliśmy wcześnie i od razu skierowaliśmy się w to samo miejsce by zobaczyć opuszczoną plażę po sezonie. Widok ciekawy bo takie „zapomnianą” infrastrukturę zawsze, paradoksalnie się ogląda. Idąc wzdłuż plaży obserwowałem Dawida, który intensywnie fotografował horyzont. Z perspektywy czasu nadal uważam, że jest to pewnego rodzaju nowa tradycja, jesiennych wyjazdów na wschód w takim składzie. A mieć kogoś dobranego w podróży to największy skarb i cieszę się, że na to w żaden sposób narzekać nie mogę!

Spacerowaliśmy po mieście do wieczora. Klimatyczne uliczki, obdrapane kamienice i podwórka. Udało nam się odwiedzić jedno z miejsc które najbardziej kojarzy mi się z tym miastem. Chodzi oczywiście o schody! Korzystając z mojej ulubionej mapy z zaznaczonymi na niej punktami udaliśmy się w kierunku rynku. W jego rejonie była zniszczona kamienica, która wyglądała dosłownie jak po jakiejś wojnie. Można było w jakiś sposób poczuć to co dzieje się na wschodzie kraju, chociaż obie te rzeczy totalnie nie pasują do siebie. Wyobraźnia jednak pracuje, jak zawsze. Lubię takie miejsca, chociaż zapach jaki tam panował powalał. W życiu nie widziałem i nie byłem w miejscu które tak śmierdziało. Okazało się, że lokalni menele mieli tam jedną wielką toaletę. Spojrzałem w moją prawą stronę i ukazały mi się nie dużej wielkości szare bloki. Między nimi Azjaci i bezdomne koty. Za chwilę byliśmy już na ogromnym odeskim rynku. Te osoby które nigdy nie były na takich targowiskach muszą sobie wyobrazić ogromny zadaszony bazar, podzielony na różne sekcje. Tam kupisz ser, tam mięso, warzywa i ryby. Dla tych którzy kochają spożywać ryby, portowe miasteczka to istny cud. Ja lubię ryby, ale niestety nie potrafię je przyrządzać. Ryby na targu są w super cenach, a ich ilość ostro kopie po nosie. Jest klimacik! Mięso można kupić tak jak leży. O lodówkach, chłodniach możecie zapomnieć. Widok tak sprzedawanego mięsa w żaden sposób nie zachęca mnie do zakupu. Na terenie bazaru mieści się budynek który przeznaczony jest do sprzedaży wszelakiej maści sery. Sprzedawane w wielkich blokach masła i sery. Miałem taką wizję, że wbijam zęby w każdy z tych maślano-serowych bloków.

Naszym celem był dworzec autobusowy tuż obok kolejowego. Chcieliśmy dowiedzieć się o której odjeżdża autobus z Odessy do Kiszyniowa ponieważ pociąg na tym kierunku jest tylko jeden dziennie i to jeszcze o kiepskiej godzinie. Człowiek działa zawsze w takich miejscach na podobnych zasadach, wzorcach kulturowych. Idzie na dworzec, szuka rozkładu jazdy na jakiejś ścianie i zmierza do kasy, informacji. Widok dworca zaskakuje. Wygląda on jak gdzieś w Sajgonie. Pełno ludzi z torbami, każdy podąża w inną stronę, mijając wjeżdżające i wyjeżdżające autobusy nie bacząc na to, że zaraz ktoś wpadnie pod ich koła. Lawirujemy między peronami, ludźmi i autobusami. Szukam wzrokiem gdzie jest jakaś hala główna, poczekalnia. Jest! Kiedy weszliśmy tam okazało się, że to jest jakiś kolejny bazar, tandetna galeria z zegarkami i bublem z Chin. Po środku tego małego budynku jest coś w rodzaju rotundy z okienkami w których zapewne można kupić bilet. Do każdego okienka kolejka mimo, że tylko chyba z dwa na kilka jest otwartych. Nadal szukając rozkładu jazdy, sprawdzam i czytam informacje wydrukowane na okienkach. Niestety nigdzie nie pojawia się stolica Mołdawii. Dosyć szybko się poddaliśmy i opuściliśmy budynek dworcowy. Chwilę potem kupiliśmy bilet na pociąg. Kosztował prawie 40pln. Wyjazd o 16:48, na miejscu przed 22:00. To tylko 150 kilometrów. Zapowiadało się ciekawie. Bilety są imienne, a posiadanie przy sobie paszportu to czysty obowiązek. Wchodząc z wielkiego budynku dworca kolejowego, zachwycaliśmy się wielką ukraińską flagą, która dumnie powiewała nad całym przydworcowym placu.

Wieczorna Odessa szykowała się powoli do nocnego imprezowego życia. My wsiedliśmy w tramwaj by dojechać nad morze i zakończyć ten dzień widokiem wody. Okazało się, że linia tramwajowa jest zamknięta, a Pani konduktorka chciała nas wyrzucić z tramwaju po dojechaniu do pętli w zupełnie inną stronę. Nad samą wodą robi się bardzo zimno, gdzieniegdzie widać jeszcze ludzi. Siadamy na ławce i długo rozmawiamy. Widok morza i pewnego rodzaju cisza, chłód i ciemność, pozwalają się zrelaksować, odpocząć. Kiedy robi się jeszcze chłodniej wracamy do hotelu. To prawie 5km. Zaczynam rozmyślać przed snem o logistyce naszej podróży. Już wtedy czułem, że zaczynamy tracić czas na pobycie w Odessie. Następnego dnia czekał nas długi dzień na nogach z nieznaną podróżą do Mołdawii.

Zalegliśmy zmęczeni w naszych łóżkach, mały pokoik hotelu Cristal, powoli zagrzewał się do nocy. Dawid przed snem powiedział, że chętnie obejrzał by „Tango i Cash” z ukraińskim dubbingiem. Mówił i ma. Zasnąłem.

5457 5458 5459 5460 5461 5462 5463 5464 5465 5466 5467 5468 5469 5470 5471 5472 5473 5474 5475 5476

 

Pryvit Odesa

Odessa | Robert Danieluk Odessa | Robert Danieluk Odessa | Robert Danieluk Odessa | Robert Danieluk Odessa | Robert DanielukMam taką małą listę miejsc w głowie które chciałbym odwiedzić. Od wielu wielu lat widnieje na niej region po prawej i lewej stronie Dniestru. Właściwie jest to klimatyczny trójkąt Bermudzki (z którego na szczęście się wraca), który tylko w takiej formie mógł być przez moją osobę zbadany. Mowa o pasie miast: Odessa – Tyraspol – Kiszyniów, co teoretycznie daje nam trzy kraje: Ukraina, Naddniestrzańska Republika Mołdawska oraz Mołdawia. Ten środkowy kraj to jedyny taki twór w Europie (chociaż od jakiegoś czasu Donbas staje się czymś podobnym), którego żadne Państwo nie uznaje. Przez to zajmowało to miejsce dosyć wysokie miejsce na mojej wyimaginowanej liście (o której kiedyś gdzieś wspominałem). Przez kilka lat jakoś zawsze było nie po drodze, zawsze „coś” i te miejsca na zachód od Odessy wydawały mi się trudne do podróżowania. Oczywiście wszystko wydaje się „trudne” jeśli widzimy je z pozycji swojej domowej kanapy. Często też słyszy się: po co tam jedziesz? Tam jest wojna! Tam jest niebezpiecznie! Nic z tego…

Tak więc kiedy Dawid zdecydował się na bycie moim towarzyszem podróży kupiliśmy bilety u naszego narodowego przewoźnika (smak Prince Polo na 11,000 metrów…do tego się zwyczajnie wraca). Dopiero na lotnisku zonk bo się okazało, że w tej taryfie nie ma bagażu. Moje przeoczenie, ale też i cena za ten bagaż to przegięcie. W każdym razie podróż została zaplanowana następująco (i dopiero kiedy na miejscu zweryfikowałem wszystkie warunki okazało się, że delikatnie źle ją zaplanowałem o co trochę mam żal do siebie, ale dopiero droga weryfikuje nasze plany i wizje) i przy okazji podam ceny, może kogoś to zainspiruje albo pomoże mu w podróży do tych miejsc:

Warszawa – Odessa – Warszawa 600zł (samolot LOT-u)
Odessa – Kiszyniów 38zł (pociąg)
Kiszyniów – Tyraspol 8zł (busik)
Tyraspol – Odessa 30zł (pociąg)

5455_mapaI pamiętajcie, że przed każdą podróżą trzeba się ubezpieczyć. Nie są to ogromne pieniądze, ale Polak Zawsze Ubezpieczony. Np. w Hestii na 7 dni, Europa po 35zł pakiet powiększony. Do tego koniecznie warto zapoznać się z informacjami „Polak za granicą” by przeczytać o zasadach, radach i przeciwwskazaniach ogłoszonych przez MSZ o danym regionie gdziekolwiek się jedzie. Także koniecznie warto sobie zainstalować mapy offline w telefonie. Bez tego ciężko. Ja mam CityMaps2Go. Za darmo, rewelacja!

Warto też jest mieć xero paszportu, strony ze zdjęciem i wizy jeśli kraj jej wymaga. I jeszcze warto mieć przy sobie gaz pieprzowy (warto poczytać jak się go używa by sobie samemu krzywdy nie zrobić). Zawsze nie ważne czy jest się w kościele, sklepie czy na odesskiej plaży. Dotyczy to Panów, a także Pań, którym BARDZO to polecam. Generalnie jestem zwolennikiem także posiadania wiedzy o samoobronie.

Warto także znać kilka podstawowych zwrotów. Wydaje mi się, że zawsze miło jak się powie w lokalnym języku, a ukraiński, rosyjski nie jest tak trudny. Warto też umieć odmawiać w lokalnym języku. Po wyjściu z lotniska, zaczepia nas taksówkarz, który widząc plecaki, namawia na podróż do centrum miasta. Odpowiadam mu w trzech rosyjskich słowach i ten odpowiada: a wy ruskie. Koniec tematu ;) Na szczęście we wszystkich tych miejscach na całej trasie można spokojnie dogadać się w języku rosyjskim. Dawid przy wejściu do jednego z lokali gastronomicznych na Dzień Dobry odpowiedział Pani: Do widzenia. Pani się zdziwiła ;) Dawid potem też.

Jeśli chodzi o walutę ja od dawna wyciągam kasę z bankomatów, jednakże nie wszędzie. Na naszą podróż miałem przygotowane $, ale nie obeszło się bez bankomatów. Jedynie co to nie liczyłem na wyciąganie kasy z bankomatów w Naddniestrzu. Tam mieliśmy przygotowane dolary. Na wschodzie jest chyba więcej kantorów niż ludzi więc z wymianą waluty nie ma żadnego problemu. I kolejna zasada taka, że nie wymieniać za dużo, a to co zostanie, wydać przed podróżą i nie zabierać ze sobą monet czy banknotów. Uczę się tego bo moja jedna z szuflad od monet z małymi (czasem nic nie wartymi) nominałami wygina mi jej dno.

Odessa:
Na lotnisku nie trzeba wypełniać żadnych papierów. Ostatni raz kiedy tam byłem (2009) trzeba było wypełniać kartę migracyjną. I dobrze, nie lubię tego. Sieć komunikacyjna jest bardzo dobrze rozwinięta, ale bez znajomości cyrylicy będzie bardzo trudno się poruszać po mieście. Jeszcze na przystankach tramwajowych czy trolejbusowych można zapoznać się z planem miasta i tras tak busiki (marszrutki) mają jedynie na sobie informacje o punktach docelowych, ale też na szybach szereg innych informacji co powoduje, że pasażerowie mało co widzą przez okna o ile jeszcze kierowca odsłoni okna z firanek. Komedia.

Noclegi – od 30zł w samym centrum miasta (koło dworca PKS i PKP) w górę. U nas średnio 40zł by mieć pokój z łazienką, bo osobiście nie lubię wszelakiej maści hosteli ze względu na panującą tam atmosferę.
Transport – od 0,60zł do 1,20zł (trolejbus, tramwaj, busik)
Wyżywienie – mieliśmy trochę swojego, ale ceny w sklepach są znacznie mniejsze jak u nas, tak samo jak w knajpach.
Ludzie – bardzo mili, może mi się wydaje, ale lubią Polaków, szczególnie może teraz przez niedawne wsparcie w tym co się u nich dzieje.

Czwartek

W czwartek rano z Dawidem wsiedliśmy do samolotu i prawie 2 godziny później byliśmy na lotnisku w Odessie, które nie powiem ale jest klimatyczne. Małe i widać, że nie wiele lata z niego samolotów. Gdzieś w oddali Tupolewy, a przed lotniskiem czekał na nas trolejbus linii 14 do centrum. Środek transportu nie był chyba odnawiany od lat 60-tych i o mały włos nie rozpadłby się podczas tej prawie 10-cio kilometrowej trasy. Nasz hotel mieścił się vis’a’vis ogromnego dworca kolejowego. Pokój hotelowy był tak mały, że jedynym sensownym zajęciem było leżenie na łóżkach. Mieliśmy mało czasu, jak każdego dnia podczas całej tej podróży. Dzień był krótki, a jedna godzina do przodu względem Polski, powoduje, że dzień się kurczy. Nie ma co ukrywać, ale fotografowanie nocą w chłodne dni to nie jest najlepszy pomysł. Już to przerabiałem.

Popołudnie (wieczór) spędziliśmy nad morzem czarnym, wśród brudnych odeskich plaż, które po sezonie przestały kogokolwiek interesować. Na dłoniach rękawiczki, na głowie czapka. Morze zieje chłodem. Gdzieniegdzie na plaży jacyś ludzie przemykają przed nadejściem nocy. Idziemy plażą do ogromnego hotelu połączonego z delfinarium. Mijamy po prawej stronie ogromny port (obecnie największy na Ukrainie, Krym obecnie stracony). Nocą robi wrażenie, a jego charakterystyczne dźwięki pracy kojarzą mi się z nocami spędzonymi w gdańskim Nowym Porcie. Jedyny plus tamtego robotniczego, starego i śmierdzącego hotelu.

Nocna Odessa jest wyjątkowo ciemna. Mało latarni, do tego większość z problemami by oświetlić drogę ze względu na ogromna ilość drzew rosnących na ulicach (takie same drzewa jakie rosną w Rzymie, jakby z odpadającą korą, nazwy nie znam). W drodze do naszego ciasnego hotelu wchodzimy na pielmienie i czaj. Ukraina obecnie na naszą kieszeń i podróże jest cenowo wyśmienita.

Telewizor w pokoju zawieszony wysoko, sączy wiadomości ze wschodu kraju. Dawid na pytanie jaki film by chciał zobaczyć z lektorem (dubbingiem) ukraińskim odpowiada: Rambo. Gdy powoli zasypiamy na jednym z kanałów zaczyna się film. To Rambo. Czytany Rembo. Zasypiam, próbuję. Walczę z wielką poduszką, która ląduje na podłodze. Rarytas. Jest podgrzewana więc musimy usunąć z niej wszystkie rzeczy by rankiem się zwyczajnie nie rozpuściły.

Bonjour à Paris 2

5432 5433 5434 5435 5436 5437 5438 5439
Ni w ząb rozumiem język francuski, ale ten utwór towarzyszył mi podczas wyjazdu :)

Bonjour à Paris

Ląduję na tym lotnisku drugi raz w życiu. Po lewej stronie widzę pomnik samolotu Concorde który nie wzbija się w powietrze już od prawie 11 lat. Po mojej prawej siedzi młoda Rosjanka, która z torbą Prady leciała razem ze mną na trasie Warszawa – Paryż. Delikatnie zerkam na jej telefon na którym przegląda setki podobnych do siebie fotografii. Paryż to dla niej miasto marzenie w którym chce spełniać swoje jeszcze niespełnione marzenia o lepszym życiu u boku mężczyzny, który wykładania za nią kolejne banknoty w Euro. Ona mu oddaje siebie. Wszystko smakuje jak szampan. Tyle wyczytałem. Ku mojej radości lądujemy na Terminalu 1 o którym jakiś czas temu oglądałem dokument na Planete. Mała, rzecz a cieszy. Chciałbym wyjście z lotniska długo celebrować i napawać się tym betonem.

Nad miastem zapadł zmrok, ludzie gdzieniegdzie przemykali pod latarniami, jedni wyprowadzali swoje psy, inni szybko przemykali między zaparkowanymi samochodami. Na jednej z ulic leżał telewizor. Tuż za rogiem most nad Sekwaną i widok na wieżę Eiffela. Nocą, widzę ją pierwszy raz. Nie jest tak duża jak mi się wcześniej wydawało, ale to tylko złudzie.

W głowie szukam jakiś obrazów które kojarzą mi się z tym miastem. Jakaś romantyczna amerykańska komedia o Paryżu, Zamachowski z Kieślowskim i stare fotografie. Podchodzę do całego tematu z dystansem jak do każdego miejsca w które jadę i chociaż Paryż wydaje się miastem tak dostępnym jak tanie bilety lotnicze z Warszawy do Gdańska, tak nigdy wcześniej tu nie byłem. Postanowiłem, że jest to odpowiednia chwila by zobaczyć to miasto z bliska.

Setki podobnych do siebie uliczek z kawiarenkami, pełnych stolików stojących na ulicach. Gdzie tylko człowiek spojrzy jakieś secesyjne wejście na stacje metra, które robi na mnie wrażenie. Stacji jest tak wiele, że po mieście tak mało autobusów. Kto może jeździ albo rowerem, albo skuterem lub metrem. Paryskie auta można poznać po tym, że mają zniszczone rejestracje. Dlaczego? Tam parkuje się na styk.

Stojąc na jednym ze skrzyżowań koło stacji Gare De Lyon, mam wrażenie, że Paryż jest miastem idealnie pasującym do określenia multikulti, chociaż w niektórych miejscach ciężko od razu wyszukać osoby z białą skórą. I nie jest to w żaden sposób zaskakujące po prostu pozwoliłem sobie zagłębić się wieczorami w informacje dotyczące imigrantów żyjących w Paryżu. Zatem można w zasadzie wyłonić trzy grupy ludzi, których można tam spotkać. Biali, czarni i Azjaci. Ci pierwsi rodowici, Ci drudzy w połowie, chociaż bardziej rzucają się w oczy Ci, dla których Francja (a w szczególności Paryż) jest niczym ziemia obiecana oraz Azjaci. Dwie ostatnie grupy zasługują na więcej uwagi.

Obserwując japońskich turystów widzę jak w oczach mieni im się wieża Eiffela i wszystko to co związane jest z tym miastem. Gdzieś wcześniej już wpadło mi oko informacja o syndromie paryskim (coś co u nas Polaków w zasadzie działa w drugą stronę), który powoduje wręcz torsje o turystów z Azji, którzy odkrywają, że większość paryżan nie chodzi w złotych butach, a ulic nie myje się Chanel numer 5. Biedni. U nas na szczęście działa to w drugą stronę.

Wagonik metra dziarsko mknie przez ciemne tunele paryskiego metra. Charakterystyczną ciszę przerywa muzyka iście w stylu poprzednich lat. Ludzie słuchają, następna stacja, muzyka nadal gra.

Vis’a’vis wieży Eiffela jest miejsce na którym szczególnie mi zależało i ku mojemu zdziwieniu było akurat w remoncie. To tutaj fotografował się Adolf Hitler. Tak też przyznaję się bez bicia, że w mojej głowie bazuje z widokiem miasta niczym z filmu o Amelii (tak byłem pod kawiarnią gdzie realizowali ten film) czy fotografii Bressona oraz jego kumpli. Tutaj też wieczorem obserwowałem jak policja goniła nielegalnych handlarzy pamiątkami (wątek pamiątek i całego przemysłu związanego z atrakcjami pomijam bo o tym można napisać książkę). Ci jednym ruchem z ziemi zbierają swoje tandetne kopie dzieła Eiffela i dają nogę. Jako obywatele Afryki biegają szybko i sprawnie. Takie ich życie. Obserwowałem za dnia w różnych miejscach Paryża właśnie ich. Nie wzbudzili we mnie zaufania, ale doprowadziły mnie do dziwnego stanu w którym zrobiło mi się ich żal. Jednak ziemia obiecana nie jest taka piękna jak im się wydawało. Mocno zastanawiałem się nad tym jak wygląda ich życie po pracy. Gdzie mieszkają, ile zarabiają na tej swojej uporczywości i co dalej z nimi będzie.

Zautomatyzowana linia numer 1 prowadziła ze stacji metra pod wynajętym mieszkaniem, aż po biurową dzielnicę Paryża zwaną La Defense. Ogromne wieżowce, charakterystyczny budynek w kształcie kwadrata z wielką dziurą w środku. Z jego schodów w linii prostej widać Łuk Triumfalny. Między tymi nowoczesnymi budynkami, gdzieś jak by w cieniach wieżowców chowa się betonowy budynek. Całkiem wysoki. Na ostatnim piętrze widnieje napis Aurora. Pod jego nogami leżał inny betonowy dom mieszkalny. Piękny beton, setki ton betonu, które tak bardzo charakteryzują nie tylko stary i klimatyczny Paryż. Następnym razem chętnie pominę wszystkie znane miejsca i poszukać coś z klimatów Le Cobusiera i jego betonowych dzieci.

Koniec części pierwszej.Paryż | Robert Danieluk Paryż | Robert Danieluk Paryż | Robert Danieluk Paryż | Robert Danieluk Paryż | Robert Danieluk Paryż | Robert Danieluk Paryż | Robert Danieluk Paryż | Robert Danieluk

Możemy żyć jak chcemy

1391211_369290793227038_1032467002_n914424_1462792753962254_1082930696_n10593430_1531054700441206_829623913_n10707003_296125687248564_373950233_n10616492_708210009257766_547740465_n914752_384615001697312_899926408_n
Nie bardzo wiem co napisać. Może to:

„Nie damy się zwariować możemy żyć jak chcemy wyjechać albo zostać”