Uciekające lato

"Poland 2012-2015" Steve Mull and "Poland 2012-2015" by Robert Danieluk

Moje lato uciekło przez palce niczym cukier. Słodki cukier którego od wielu miesięcy nie używam. Zastąpiłem cukier miodem, a kiedy gdzieś piję ciepły czaj z cukrem, mam wrażenie, że ktoś dosypał mi płynu do mycia naczyń w proszku. Moje lato które mimo, że jeszcze trwa było i nadal jest wypełnione setkami rzeczy i wydarzeń, które układają mi się w fotografie, których osobiście dla siebie robię zdecydowanie za mało. Foldery na dysku pokazują czym się obecnie zajmuję. I stwierdzam, że folderów z „fotografiami dla mnie” jest znikoma ilość. Najbardziej jednak buduje mnie świadomość, że to się zaraz zmieni. Nic tak nie buduje człowieka tworzącego jak fakt posiadania planów. Zresztą nie ma co pisać, gadać, snuć. Chyba myślenie o tym jest przyjemniejsze niż pisanie o tym. Nigdy nie lubiłem ludzi którzy więcej gadają jak robią, a sam nie chcę się zaliczać do takich. To nie jest nic dopingującego.

W tym roku musieliśmy zrezygnować z wyjazdu za wielką wodę, ale gorąco liczę, że to nastąpi szybko, ale dopiero w następnym roku. Myśląc o tym przed oczami widzę moją pracę pt. Polska 2012-2015, którą stworzyłem z okazji wyjątkowej i pomyślałem sobie, że napiszę o tym kilka słów. Otóż kilka dni siedziałem przy komputerze i rzeźbiłem wielką pracę (nie tylko chodzi tu o format papieru) ale oto co miała zawierać. Mianowicie w piątek mój przyjaciel zakończył swoją misję w Polsce i wrócił do domu. Mowa oczywiście o (już niestety) byłym Ambasadorze USA w Polsce, Steve Mull, który pracował tu przez trzy lata i poznał się Polakom od fajnej strony. Ja osobiście cieszę się, że mogłem Ambasadora poznać od prywatnej strony, a także jego Rodzinę. To szalenie miłe.

Przez te trzy lata jego pobytu w Polsce i w jej otoczeniu działo się szalenie wiele. Kiedy przyjechał do Polski jeszcze w powietrzu można było czuć zapach Euro 2012. Potem ukochanym pomnikiem prawdziwszych Polaków była tęcza na Placu Zbawiciela, a potem cały świat patrzył jak by przez okno co działo się w Kijowie i co nadal dzieje się na wschodniej Ukrainie nie wspominając o przejęciu Krymu. Ostatnio w Polsce zmienił się Prezydent. Trudno było zawrzeć tyle różnych małych i dużych wydarzeń w jednym obrazie. Mimo to postanowiłem podjąć próbę i stworzyłem ogromny fotomontaż.

Podczas imprezy pożegnalnej wręczyłem Stevenowi i jego cudownej żonie Cheri mój prezent. Postanowiłem, że obraz będzie jedyną kopią i nie udostępnię go w większej rozdzielczości. Zapewne za kilka tygodni ten obraz pojawi się w ich amerykańskim domu. Liczę, że będzie im przypominał o ich wyjątkowym czasie w Polsce, kraju który się kocha i nienawidzi za jednym zarazem.

Sąsiedzi

ZWM / Opole
Wczorajszy dzień zacząłem na jednym z największych skupisk ludzkich w Opolu. Czekając na właściwą pracę postanowiłem spędzić chwilę na balkonie i poobserwować blokowisko. Widok ten mnie uspakaja w pewnym sensie (bardziej widok szarej płyty), ale chyba nie mógłbym mieszkać już w takim bloku.

Steve

Steve Mull Danieluk 2015Wczorajszy dzień musiał nastąpić. Pierwszy raz w życiu mam tak, że ktoś tak mi bliski wyjeżdża z kraju, chociaż można napisać, że wraca do domu, tego pierwszego. I chyba jest to właśnie namacalne połączenie dwóch emocji, radości i smutku. Radości bo wiem, że mówimy sobie „do zobaczenia”, że kończy się czas pełen wielu sukcesów i dobrych chwil. Smutku bo nie będzie można ot tak umówić się na herbatkę i wielogodzinne rozmowy…o wszystkim. Coś się skończyło, ale i coś zaczęło. Musiałem to napisać, chociaż szczerze wyjątkowo mi smutno.

Do zobaczenia Steve, do zobaczenia Cheri.

Śladami miejsc które widziałem

Mazury-06 Mazury-07 Mazury-08 Mazury-09 Mazury-10 Mazury-11 Mazury-12 Mazury-13 Mazury-14 Mazury-15 Mazury-16 Mazury-17 Mazury-18 Mazury-19
Kilka dni na Mazurach. Paliwo zalewa bak, auto sunie po wąskich mazurskich drogach. Tu nocleg na kwaterze, tam noc pod namiotem w nocy pełnej szalonego deszczu. Poranek rześki, dzień pełen deszczu. Niestety pogoda nie dała nam w pełni delektować się letnim urokiem tych miejsc. Dwa lata temu było podobnie.

Ponieważ razem z nami jechała Magda i Kamil (nigdy nie byli w tej części Polski) nasz wyjazd, a w zasadzie z mojej strony było to powtórzenie miejsc które widziałem. Na Mazurach chyba najbardziej lubię naturę i bunkry. Wracanie do tych samych miejsc bywa przyjemne, szczególnie do tych pozostałości po II Wojnie Światowej.

Mazury to jednak piękna sprawa w czasie kiedy jest ciepło i sezon się skończył. Oczywiście to punkt widzenia takiej osoby jak ja, która bywa tam raz na dwa lata. Ci którzy żyją z turystyki mają zapewne inne zdanie, ale właśnie o nich warto napisać kilka zdań. Szczególnie dla tych którzy mieli by ochotę zobaczyć Mamerki. Ci którzy byli na Mazurach tylko nad jeziorami i nie zwiedzali bunkrów, wydaje mi się informacja przydatna. Jest kilka miejsc które warto zobaczyć. Pierwszym z nich jest Wilczy Szaniec, warto też zobaczyć śluzę w Leśniewie Górnym z miejscem na niemiecką gapę czy bunkier Himmlera. To ostatnie jakoś „lubię” chociaż jego właściciel to istny diabeł. Wśród tych miejsc są Mamerki. Kilka niezniszczonych bunkrów oraz w bliskiej odległości muzeum U-Boota. Element muzealny Mamerek powinien być tam szybko zamknięty. To tandetna pożywka dla Januszów polskiej turystyki. Zabrakło mi tylko ciupag na straganie z pamiątkami. NIE. Więc jeśli Wam nie po drodze nie polecam samego muzeum, ale te 5 bunkrów warte uwagi. Szczególną uwagę zwracam na brak poszanowania rzeczy jakie tam prezentują. Spleśniałe mundury, a replika U-Boota (w jakimś budynku PRL) to kpina. To oczywiście moje zdanie, ale polecam Wilczy Szaniec. Szczególnie warto przespacerować się z przewodnikiem, a potem (na własną odpowiedzialność) pochodzić sobie po ruinach bunkrów. Ten świat wygląda jak miasto Azteków w wydaniu współczesnym. Warto jednak może wyjazd zostawić sobie na jesień…będzie mniej ludzi…

Te bunkry mają coś w sobie. Coś magicznego i przerażającego. Chętnie tam jeszcze kiedyś wrócę.

Dziś nie będzie nic o Powstaniu Warszawskim bo po 6-ciu latach, aktywnego uczestniczenia i fotografowania tych obchodów chcę odpocząć. Pamięć jest ważna, bardzo ważna, ale chyba po tylu latach pracy w Muzeum Powstania Warszawskiego nie czuję misji tworzenia produktu z Powstania, które zapewne (nie oceniam, nie mogę, nie żyłem wtedy) dało nadzieję, ale pochłonęło całe piękne miasto i 200,000 ofiar. Pamięć jest ważna, ale połączenie jarmarku z dramatycznymi wydarzeniami nie mieści się w kanonach mojego smaku.

Doba na morzu

Długo. Bardzo długo chodził mi ten rejs po głowie. Trójmiasto od 2009 roku nie było moim kierunkiem, chociaż wiele mam tam rzeczy do zrobienia, chociażby czaj z Piotrkiem, szczęśliwym Tatą, to wybierałem inne kierunki. W zeszłym roku nawet planowałem z Dawidem zakup biletów, ale coś nie wyszło. W tym roku korzystając z promocji Stena Line kupiliśmy bilety dla naszej załogi. Perspektywa 24 godzinnego rejsu, pobytu na wielkim promie i noc, spędzała mi sen z powiek (ładnie brzmi). Taka kajuta od razu przywołuje obrazy przedziału wagonu sypialnego, a co za tym idzie, podróży za wschodnią granicą. Do wyboru mieliśmy także pobyt w Szwecji, ale niestety ograniczenia czasowe są bezlitosne, a lipiec dla mnie takim właśnie miesiącem jest, więc wybraliśmy opcję więzienną bez opuszczania statku.  Dodatkowo perspektywa bezkresu morza to była idealna rzecz właśnie w ten czas. Człowiek nie jest maszyną, nie potrafi zawsze tak samo działać od świtu do zmierzchu.

Rejs z Gdyni do Karlskrona trwa 10 godzin. Prom to istne małe miasteczko, pełne małych kajut. Część z oknem, część bez. Nam właśnie się taka trafiła. Do dyspozycji mieliśmy cztery łóżka, radyjko, lampki i łazienkę. Świetny klimat. Prom dysponuje tarasem widokowym na górze, ogromną ilością przestrzeni do spacerowania, siedzenie, jedzenia i zabawy. To ostatnie najmniej nas interesowało, ale kolacja na górnym pokładzie w piknikowym stylu to świetna zabawa, szczególnie z takim widokiem jak zachodzące słońce nad szwedzką ziemią.

ROB_0133 ROB_0140 ROB_0143 ROB_0145 ROB_0159 ROB_0164 ROB_0168 ROB_0169 ROB_0172 ROB_0191 ROB_0195 ROB_0203 ROB_0209 ROB_0215 ROB_0229 ROB_0241 ROB_0243 ROB_0245 ROB_0257 ROB_0270 ROB_0287 ROB_0288 ROB_0291 ROB_0299 ROB_0307 ROB_0330 ROB_0347 ROB_0352 ROB_0357 ROB_0360 ROB_0374 ROB_0375 ROB_0393 ROB_0401 ROB_0416 ROB_0427 ROB_0434 ROB_0436

Drewniana podłoga

Instagramowe
Zasypiam o 3-ciej w nocy. Dwie godziny później jestem już na nogach. Trzy godziny później jadę autobusem. Gorący dzień. Żar leje się z nieba. Pracowita niedziela która jeszcze gra echem sobotniej pracy pełnej takiego samego żaru. Wieczorny pociąg relacji Lublin – Szklarska Poręba. Jeden z wagonów przeznaczony jest dla rowerów. Wygląda jak towarowy. Znajduję tam swoje miejsce, na drewnianej podłodze. Mam wrażenie, że to mały wehikuł czasu. Z uśmiechem próbują zasnąć na swojej brązowej lekkiej kurtce kurczowo trzymając się siebie i ściany. Inni ludzie śpią, a ja zaczynam śnić by nagle wyrwać się ze snu z poruszeniem wagonu, szarpnięciem. Nie mogę spać więc wziąłem do ręki książkę „Złe Psy”. To wybudziło, pobudziło. Te kilka fotografii to moje życie. Patrząc przez okno pędzącego pociągu uświadomiłem sobie, że o czymś takim kiedyś marzyłem, a to nie był koniec…

Thames Town. Bliżej nie znaczy lepiej

ROB_7510

ROB_7512

ROB_7516

ROB_7518

ROB_7591

ROB_7589

ROB_7586

ROB_7583

ROB_7582

ROB_7578

ROB_7576

ROB_7574

ROB_7567

ROB_7561

ROB_7555

ROB_7553

ROB_7551

ROB_7549

ROB_7543

ROB_7531

ROB_7526

Pamiętacie oszukany Paryż pod Hangzhou? Jeśli nie zapraszam Was do Tianducheng. Postanowiliśmy, że odwiedzimy kopię angielskiego miasteczka na peryferiach Szanghaju. Wiemy, że w Chinach kopiowanie nie jest niczym nowym. Gdzieś udało mi się przeczytać, że obecnie budowana jest kopia jakiegoś alpejskiego miasteczka bodajże w Austrii, oczywiście bez zgody władz tego miasta, a co tam! Austria tak daleko, tak inaczej. Zafascynowani wsiedliśmy w metro i jedną przesiadką byliśmy już niedaleko Thames Town. Okazało się jednak, że bez podróży autobusem dojście zajęło by nam z 1,5 godziny. Wsiedliśmy w pierwszy lepszy autobus i śledząc mapę na telefonie (CityMaps2Go) udało nam się zbliżyć i zobaczyć osiedle mieszkaniowe zbudowane za bagatela 2,960,000,000 złotych. Jak kto woli 800mln $! Ja osobiście nie wyobrażam sobie ile to jest gotówki, ale robi wrażenie.

Samo miasteczko (osiedle) robi wrażenie. Widać, że mieszka tam dużo ludzi w przeciwieństwie do Tianducheng, oszukanego Paryża. Widać nawet po samochodach, że na biednych nie trafiło. Mieszkańcy mogą poczuć się jak w Anglii. Li mieszka na Oxford Street, a Lu na Elizabeth Queen Street. W wolny dzień mogą coś zjeść w English Restaurant, a wieczorem napić się czegoś w Punk Pub. Nie ukrywam, ale przez chwile poczułem się jak bym nagle w przeciągu minuty przeleciał z 10,000km. Oczywiście wszystko to jest złudne jak sen. Urokliwe budynki, wąskie uliczki, małe mosty i na środku miasteczka kopia kościółka z Bristolu (Christ Church, Clifton Down). Szukaliśmy też pomnika Harrego Pottera (tak się to pisze?), ale się nie udało. Stał za to Churchill.

To co najbardziej rzuciło mi się po oczach to ogromna ilość Par Młodych wykorzystująca klimat i architekturę podczas ich plenerów ślubnych. Nie jest mi to temat obcy, ale nie ukrywam, że w życiu nie widziałem tylu Par Młodych w jednym miejscu! Szczególnie było to widać pod kościołem, ale w tych uliczkach, żeby nie skłamać na każdym kroku i rogu była jakaś Para Młoda. Ciekawie było przyglądać się jak pracują chińscy fotografowie i wydaje mi się, że też mógłbym odnieść sukces na ich rynku. Europejski fotograf który portretuje azjatyckie Pary. To oczywiście wizja, ale kto wie…kilka fotograficznych marzeń mam.

 

Szanghaj

ROB_7223

ROB_7496

ROB_7495

ROB_7473

ROB_7471

ROB_7454

ROB_7430

ROB_7419

ROB_7400

ROB_7399

ROB_7390

ROB_7375

ROB_7274

ROB_7268

ROB_7247

ROB_7241

ROB_7233

Szanghaj to miasto które dziwnie mnie zaskoczyło. Po długim dosyć pobycie w innej części Chin miałem wrażenie, że Szanghaj to miasto światowe, nowoczesne i mocno kontrastowe. Znów podzielone trochę jak Hong Kong. Z jednej strony biednie i ciekawie, z drugiej bogato i nudno. Ogromne budynki, ogromna metropolia. Tuż obok samej promenady zabudowania jak z początku XX wieku z nadal wspólnymi publicznymi toaletami dla mieszkańców. Istna podróż w czasie za darmo.

Zatrzymaliśmy się w jednym z hosteli. Opinie oczywiście średnie, ale muszę przyznać, że było bardzo fajnie. Prosto, trochę staro, ale do stacji metra nie było daleko. Szanghaj pozwolił nam trochę na chwilę odpoczynku po tym co działo się w poprzedniej części wyjazdu (bieganina, upały, szpital, góry). W tej podróży także mieliśmy kilka dni technicznych. To takie które charakteryzują się wolnością wyboru i nikt z góry nam nie nakazuje na łazęgi, zwiedzania, spacery tylko na to by się wyspać, zrobić pranie (mieliśmy małe bagaże), odpocząć, posiedzieć na necie, poczytać książki czy zrobić zakupy na śniadanie. I to nie jest takie proste jak się wydaje. W okolicy hostelu (hotelu) po obu stronach dużej ruchliwej ulicy znajdowały się różne sklepy. Te z żywnością i wodą cieszyły się moim największym zainteresowaniem. W Chinach popularne są takie piekarnio-cukiernie. Śniadanie na słodko nie jest wymarzonym początkiem dnia, ale tu wyboru nie ma. Oczywiście można zacząć od makaronu czy ryżu, ale jednak człowiek mocno przyzwyczajony do polskiego sposobu żywienia. Napisałem polskiego bo europejskie w moim rozumowaniu to już tościk, na słodko i jesteśmy kulinarnie na śniadaniu w USA. Wybierający się do Chin mogą o tym zapomnieć. Próbowałem szukać dżemów (etc), ale wybór ograniczał się do jednego rodzaju! Na szczęście tuż za wielkim mostem był Carrefour, ogromny market w którym był dział z importowanymi produktami (sery, generalnie dużo z Europy) w takich cenach, że wolałem pozostać przy słodkiej bułce i kubeczku ciepłego czaju niż wypłukać cały budżet do denka. O dziwo przez cały pobyt w Chinach smakowałem się w ciastkach Oreo, których w Polsce nie jem. Od czasu powrotu też ich nie jem.

Jednej nocy miałem sen ściśle związany z jedzeniem. Śniła mi się komórka (mini garaż) w której mój Tata przechowywał dużo rzeczy mięsno-nabiałowych. I zamiast okna jakie w rzeczywistości było, było takie okienko jak na poczcie. I Tata chwalił się wielkim baleronem który zakupił na święta (a to było na tydzień przed Wielkanocą), a potem chciał mi przez to małe okienko dać ten baleron. Niestety okienko było za małe…i rano uświadomiłem sobie czym jest tęsknota za serem i mięskiem takim jakim żywię się w Polsce ;)

W Szanghaju wyznaczyliśmy sobie kilka miejsc do zobaczenia. Jedną z nich było osiedle mieszkaniowe oddalone o 45km od Centrum. Nim jednak tam pojechaliśmy kupiliśmy sobie bilet do Pekinu na pociąg klasy G, ten który 1400km pokonuje w 5 godzin…