Sankt Petersburg

Sankt Petersburg
4420
Sankt Petersburg
4416
Sankt Petersburg
4419
Sankt Petersburg
4415
4418
4417
Sankt Petersburg.

Taki właśnie misz masz mi się w głowie zrobił. Jak bym trochę nic nie zarejestrował, traktował to miasto z góry i w przelocie. Tam Murmańsk, tam Mińsk i Warszawa. Padający deszcz, a potem lód na brodzie. Myśli rozbiegane, och Piter, Piter. Pewnie się tam jeszcze wróci.

Gieorgij

Gieorgij
Zaglądam do mojego czarnego notesu. Przywołuję ostatnie wspomnienie z miasta Murmańsk.

Szary budynek na ulicy Karola Marksa. Od strony ulicy okna balkonowe mieszkania i antena. Od strony podwórka wejście do klatki. Wchodzimy. Przed wejściem do mieszkania zdejmujemy buty. Jest ciepło. W drzwiach widzimy starszą, pogodną kobietę. To Tatiana, Mama Gieorgija*.

Gieorgij ma bliżej do czterdziestki niż trzydziestki. Jest fanatycznym wyznawcą swojej pasji. Radiołączność. Jest administratorem strony radio klubu w Murmańsku. Ten temat dla mnie jest szalenie odległy, ale bardzo ciekawy. W dobie internetu komunikowanie się przez tradycyjne fale jest jeszcze zachowaniem czegoś jak by z poprzedniej ery, w której się wychowałem. Jego pokój przypomina raczej magazyn, pracownię czy nawet bunkier. Wszędzie książki, płyty, torby, kartony i mnóstwo sprzętu do łączności. Nawet na łóżku nie mogę przysiąść bo wszędzie leżą rzeczy powiązane z jego pasją.

Znalazłem się tutaj ponieważ współtowarzysz mojej podróży podziela pasję Gieorgija i bardzo chciał się z nim spotkać. Podczas spotkania Gieorgij podarował mu kartkę z jego symbolami na dowód spotkania. Oboje rozmawiają o łączności, antenach, możliwościami połączenia się z Polską. Z kuchni słychać głos jego Matki, która zaprasza na czaj. Wychodzę z pokoju. To coś dla mnie.

Tatiana. Kobieta zawieszona gdzieś między sześćdziesiątym, a siedemdziesiątym wiekiem swojego życia. Na jej nosie okulary, a w oczach ogromne dobro. Twarz wyciszona. Wykształcona. Wykłada typografię na jednej z murmańskich wyższych uczelni. Pyta się mnie czy piję czaj z miodem czy cukrem. Poprosiłem o miód. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, kiedy Tatiana wstała i wyszła z kuchni. Przyniosła zdjęcie marynarza w drewnianej ramce. Jej oczy się zaszkliły, a Ona rozpoczęła monolog o tym jak od 40-stu lat mieszkają na północy, a od roku mieszkają sami. Jej kochany mąż i ojciec Gieorgija nie żyje. Przeprasza za bałagan w mieszkaniu, ale nie mogą się jeszcze pozbierać.

Rozmawialiśmy o nocy i dniu polarnym. Tatiana wyciągnęła z siatki kilka zeszytów w których notuje wszystkie informacje właśnie o tych polarnych zjawiskach. Bardziej jednak naciska na temat dnia, który w tym rejonie świata trwa dwa miesiące. Słońce nie zachodzi (22.05-22.07). Zaprasza latem. Do tego częstuje mnie jakimiś konfiturami, które swoją słodyczą rozgrzewają moje zmysły. Czuje się dobrze.

Kiedy do kuchni przychodzą pasjonaci, piją czaj, Tatiana znów przynosi zdjęcie swojego męża (niestety z wielkim żalem, ale nie zapamiętałem imienia) i pokazuje go nam. Cierpi. Gieorgij łapie za dłoń swoją Mamę i całuje ją w rękę. Tatiana robi nam wspólne zdjęcie. Uśmiechamy się, ale ja mam sztuczny uśmiech. Jeszcze widzę jej łzy i ogromny ból po stracie najbliższej osoby. To nic nie jest mi obce.

Tatiana pyta nas czy smakował nam czaj. Oczywiście, że tak. Kiedy robi się już późno, a następnego dnia rano mamy pociąg do Sankt Petersburga, stwierdzamy, że czas wracać do naszego hotelu. Wychodzimy wszyscy. Tatiana chce nam kupić taką herbatę w sklepie pod ich domem, czynnym 24 godziny na dobę. Chcemy oczywiście odmówić, ale Ona nawet nie chce tego słuchać. Kiedy stoimy przed pasami, Ona łapie nas za dłonie i życzy nam wszystkiego dobrego. Czuję jak przez jej dotyk przenika dobro.

Na skrzyżowaniu Karola Marksa i Polarnych Zori stoi dwóch policjantów. Gieorgij mówi, że dziś w mieście jest Putin. W śniegu leżą momenty. Starcza na bilet do hotelu. Gieorgij nas odprowadza i w drodze trzyma w dłoni swój sprzęt do łączności. Kiedy go chowa, jego antena wystaje mu z kołnierza.

Pasja w życiu jest ważna. A czasem najważniejsza. To pozwala trzymać w kupie, wszystko.

*) Gieorgij – tak mam zapisane w notesie. Możliwe, że jego prawidłowe wymawianie imię to Georgij.

Polar Night / Murmansk / Russia


Two hearts fading, like a flower.
And all this waiting, for the power.
For some answer, to this fire.
Sinking slowly. The water’s higher.
Desire

With no secrets. No obsession.
This time I’m speeding with no direction.
Without a reason. What is this fire?
Burning slowly. My one and only.
Desire

Patrząc w okno

4400

4401

4402

4403

4404

4405

4406
Kiedy zamykałem oczy w hotelowym pokoju marzyłem o ciekawych snach. Jak zresztą zawsze. Niestety żaden sen nie przyszedł. Obraził się. Noc była pusta. Moment od zamknięcia oczu do ich otwarcia. Jak by trwało to wszystko kilka sekund. Potem znów prosiłem o sen, a on przysyłał mi tylko krótkie opowieści o tym co zawsze (ciągle śni mi się Tupolew).

Jestem właśnie w wielkiej podróży. Mimo, że ta rosyjska właśnie dobiegła końca to ja jeszcze nie wróciłem, jestem wręcz zawieszony tak jak podczas ostatniego dnia roku. Jeśli ktoś kiedyś powie, że jaki ostatni dzień taki następny rok to ma rację. Oby jednak nie, ale wszystko zaczyna się spełniać. Podróż trwa.

Musiałem wcześniej wrócić do domu, a wielogodzinne snucie się po pociągowym korytarzu jest i było męczące. Ile można udawać, że się śpi. Ile można patrzeć na ciemne okno w którym odbijamy się tylko my. Wskazówka na zegarku tyka tak samo. Jednostajnie. Jest takie nieludzkie. Obce.

Ciemny pokój. Pełen przerażenia i tego ucisku w klatce piersiowej. Ktoś kto w niego wierzy mógłby zapytać gdzie właśnie jest i dlaczego nas nie słucha. Taki paradoks. Bezsilność.

Jest wtorek. Jestem w Warszawie. Jestem.

Newa

Newa
NewaNewa
Najzimniejszy dzień mojego życia.

Wszystko zamarzło. Nawet myśli i dusza.

Prospekt Lenina

Murmańsk

Murmańsk

Murmańsk
Typowa nazwa ulic dla małego miasteczka. Lenina. Marksa. Dzierżyńskiego i tak dalej i tak dalej.

Murmańsk. Przy prospekcie Lenina, głównej arterii miasta znajduje się hotel Arktika. Wielki hotel, który zapewne swoje lata świetności już dawno ma za sobą. Dziś w mieście można zaobserwować mniej ludzi. Święta się skończyły. W trolejbusie były nawet wolne miejsce. Przed Arktiką wielka choinka, a pod nią lodowisko.

Przed moim obiektywem popisuje się trójka dzieci. Alina, Katia i Bogdan. Ich plecaki leża na lodzie, a oni w pełni zabawy starają się mnie zaczepić.

– Co robisz? – zapytała Katia o ciemnych włosach i oczach.
– Robię zdjęcia – odpowiedziałem.
– Fotograf! – dodała Alina, która z wielką radością pokazała na sobie jaką mam brodę.

Dzieci pytały skąd jestem, czy w Polsce jest zimno i jaka walutą płacę w kraju. Obiecałem im, że jak tylko wyślą mi swój namiar na mojego maila to będą mieli wspólne zdjęcia. Jeszcze z oddali kiedy szukałem poczty, trójka dzieci do mnie machała. Po prawej stronie mijałem kolejny pomnik z twarzą Lenina. Potem widziałem ich jeszcze cztery.

Jutro kończy się noc polarna, a mimo że światło nadal będzie podobnie ja już nie mam czego tu szukać. Bilety kupione i jutro czeka mnie 1439 km w pociągu. To czas bym nadrobił wszystkie moje zaległości w czytaniu.

Заполярный

IMG_9011 IMG_9094 IMG_9114 IMG_9189 IMG_9652 IMG_9667 IMG_9687 IMG_9750
Wikipedia mówi, że:
Koło miasta Zapolarnyj znajduje się najgłębszy na świecie odwiert (SG-3). Odwiert wykonywano w latach 1970-1989, jego głębokość wynosi 12 262 m.

Mówię ja:
Żal było opuszczać Nastię i Miszę.

Na tym moim małym Asusie 10″ tak ciężko opracowywać materiał, że szkoda gadać. Dziś do końca dnia leżę i oglądam kanał „Czerwona Gwiazda”. Dobranoc.

Wódka o smaku polarnej nocy

Zapolarnyj

Dzień zaczyna się tak samo. Zawsze tak samo. Według tego samego scenariusza. Człowiek się budzi i zaczyna nowy (wspaniały) dzień. Nawet jak ten dzień jest zaplanowany, zawsze może wydarzyć się coś czego się nie spodziewaliśmy. Kwadratura koła.

Na mój rosyjski numer przyszły dwa SMS-y. Pierwszy z numerem rezerwacji, drugi z namiarami na busa, który miał nas zabrać do małego miasteczka położonego 150km na zachód od Murmańska. Gdyby jednak nikt tam na nas nie czekał, nawet byśmy nie wsiedli do tego busika. Strefa prawie zamknięta.

Poranek. Wypijamy ciepły czaj, trzy kanapki, jesteśmy spakowani. Pani z recepcji zamawia nam taksówkę. Zaczyna padać śnieg. Przed wielkim blokiem z szarej płyty stoi nowy model Łady Niwy. Kierowca pomaga nam się zapakować. Do dworca autobusowego położonego przy samej stacji, jedzie jak szalony. Za całą przyjemność bierze 180 Rubli. Chowamy się pod dachem i czekamy na busa. Zaczyna jeszcze mocniej padać.

Wsiadamy do busa, zajmujemy miejsca i jedziemy. W zasadzie pędzimy. Nad głową kierowcy znajduje się licznik prędkości. Nie wiem po co. Jest jeszcze prawdziwa noc. Za chwilę przemieni się w polarną, ale to i tak nie ma znaczenia. Szyby są przyciemniane. Nici ze zdjęć. Jeszcze nie bardzo pojmuję o co chodzi z modą na te szyby, ale dla mnie nie jest to praktyczne.
Licznik prędkości pokazuje średnio 100km/h. Nie było by to nic niesamowitego gdyby nie bardzo słaba widoczność i biała droga. Przy zakrętach czuć jak tył samoistnie skręca. Kierowca z wąsem jednak nic sobie z tego nie robi, pędzi. W słuchawkach Lana Del Rey i White Lies. Jest gorąco. Zaczynają mi się zamykać oczy.

Maszyna stoi. Otwieram oczy. Przez przednią szybę widzę szlaban i dwóch mundurowych. Do środka wchodzi wojskowy i prosi wszystkich o paszporty. Kiedy dochodzi do nas prosi byśmy się ubrali, wzięli dokumenty i wyszli. Na zewnątrz zimno. Nawet bardzo. Przy szlabanie dwóch jego kolegów wciska głowę w swoje wysokie i ciepłe kołnierze. Wchodzimy do małego budynku i jeden z pograniczników spisuje nasze dane do zeszytu. W tym małym obskurnym pokoiku jest zimno. Na parapecie stoi termos.
Pogranicznik pyta nas dokąd jedziemy, skąd jesteśmy. Prosta rozmowa. Pyta też ile dni będziemy i prosi o numer telefonu. Chciałby się z nami spotkać. Mieszka prawie przy granicy z Norwegią. Machamy do siebie i busik ponownie rusza w szaleńczą jazdę po zaśnieżonej drodze. Odruchowo trzymam się fotela.

Na horyzoncie widać już bloki. Jednak to jeszcze nie nasza miejscowość, a baza wojskowa o ciekawej nazwie „Sputnik”. Kilka kilometrów dalej widać już napis „Zapolarnyj”. Autobus dojeżdża do małego dworca przy którym kłębią się ludzie. Zakładam na głowę czapkę i wychodzę. Nagle podchodzi do nas jakiś facet w cywilnym ubraniu i macha do nas swoją legitymacją. Prosi na bok. Czekał na nas. Na dwóch Polaków.

Żeby mieć możliwość wjazdu do tego miasta, trzeba mieć do kogo tu przyjechać. A właściciele domu, nasi gospodarze musieli to zgłosić u służb przygranicznych. Innej możliwości nie ma. Pogranicznik zadawał dużo pytań. To tutaj normalne. Mówiła Nastia. Pogranicznik jeszcze kilkukrotnie się upewniał, że będziemy mieszkać u naszych gospodarzy na ulicy Lenina. Na koniec uśmiechnął się i życzył nam miłego pobytu.

Ładą z małego dworca udaliśmy się na ulicę Lenina. Było chłodno, ale nie zimno. Nastia powiedziała, że wczoraj mieli spacerować, ale temperatura spadłą do -25 st. C, sklep, mini zakupy i dom. Wszędzie na tylnym siedzeniu z zaciemnionymi szybami.

Zielona klatka, jak by czas zatrzymał się pod koniec lat 50-tych. Mieszkanie z dwoma pokojami, skromnie, ale sympatycznie. Na ścianie wisi dywan, okna zasłonięte. Bardzo ciepło. Mieszkają tu niedługo bo w poprzednim było im za zimno. Mieszkanie z przydziału. Miszka pracuje w Policji.

Nasi gospodarze to para która wzięła ślub trzy miesiące temu.

Ona – Nastia. Białorusinka z Mińska (to właśnie dlatego tu jestem), skończyła studia. Jeszcze nie pracuje. Mieszka tu od czasu ślubu, może mniej. Jej rodzice złapali się za głowę gdy dowiedzieli się, że zamienia Mińsk na Murmańskie województwo (w Rosji województwa to oblastie, traktowane są jak oddzielne kraje, tak jak w USA, między oblastiami obowiązuje w telefonii komórkowej roaming). Ma uśmiechnięte oczy i bardzo dużo mówi. Ta druga sprawa jest dla mnie kłopotliwa bo mój język rosyjski obejmuje tylko ograniczoną liczbę słów, pod warunkiem, że ktoś mówi wolno i wyraźnie.

On – Miszka (Michaił). Rosjanin z okolic Smoleńska (lub nawet z samego). Starszy o 5-6 lat. Szczupły, nieśmiały, spokojny. 10 długich lat pracował jako pogranicznik. Został wydalony z armii bo pojechał do Nastii. Z Murmańska do Mińska jedzie się 42 godziny, a On miał 27 godzin wychodnego. Dziś pracuje w Policji przygranicznej. Dobrze mu na Północy. Ciągle opowiada o rybach i przyrodzie.

Poznali się w pociągu z Moskwy. On do Smoleńska, Ona do Mińska. Jechali w tym samym przedziale. Na dolnych łóżkach. W tym samym roku zostali małżeństwem. W tym zapolarnym mieszkaniu wydają się szczęśliwi.

Miszka wyjmuje z lodówki wielki kawałek ryby. To łosoś atlantycki. Zasolony i przygotowany pod nasz przyjazd. Stół zapełnia się smakowitymi rzeczami. Słoniną, kiełbasą, kurczakiem i rybą. Jest tłusto. Misza stawia na stole wódkę. Ukraińską. Im rosyjska nie smakuje. Do tego zupa. Zjadam i pękam. Nie wiedziałem, że czeka mnie jeszcze kolacja. Misza zachęca nas jeszcze do jedzena ryby. Nie odmawiamy. Podkreśla, że jest zimno.

Samochód. Jedziemy do Nikla. Miasta które znajduje się 10-15km od granicy z Norwegią. Stoję na górze. W miejscu gdzie kręcili jeden z teledysków zespołu White Lies. Widzę dwa ogromne, dymiące kominy. A pod ich nogami mnóstwo bloków. To nawet nie miasto, a osiedle przy fabryce. Śnieg wszystko nakrył, ale widać, że nic tu nie rośnie. Pachnie mi w głowie Prypecią. W tle Norwegia. Jedziemy dalej. Słońce gdzieś jeszcze walczy pod horyzontem. Śnieg staje się ciemno niebieski. Zimny jak wiatr, który zabiera mi sprawność w dłoniach.

Misza mówi, że latem jest tu wodospad. Jest ciemno, ale śnieg odbija ostatni jasnego nieba. Słychać tylko szum wody. W tle widać kominy Nikla. Zmieniam rękawiczki z polarowych na grube. Moja kurtka, którą pożyczył mi Marcin (dzięki!) zdaje egzamin. Pod kurtką cienka bluza z polaru, a pod polarem Brubeck. Bez tego było by zimno. Jesteśmy w trójkę. Nasti zimno. Siedzi w Ładzie na chodzie. Wracamy do samochodu. Statyw zaczyna mieć opór. Jest -28 st. C.

Mam wrażenie, że ten dzień trwa wieczność. Po powrocie kolacja i rakietowe paliwo. Piję mało. Chcę jeszcze wieczorem przejść się po okolicy i pofotografować miasto. Misza i Nastia odradzają samotne spacery po mieście. Paradoksalnie w małych miasteczkach jest niebezpieczniej jak w dużych. Teraz w Rosji są święta (7 stycznia było Boże Narodzenie) i wieczorem ludzie wracają do domów. Pijani. A Ci mogą być agresywni.

Wszyscy opuszczamy mieszkanie i idziemy na spacer. Bloki. Śnieg. Bloki. Ludzi prawie nie ma. Ciągle szukam odpowiedzi na moje pytanie o kwintesencji nocy polarnej. Coś już mam, ale jeszcze chyba nie to. Mamy tu dwie ulice. Lenina i Mira (Świata/Pokoju). Główne ulice ozdobione świetlnymi dodatkami z okazji świąt. Wszędzie jakieś światła. Gdzieś w okolicach Domu Kultury „Październik” przechadzają się trzy młode dziewczyny ustrojone w świąteczne ozdoby. Śmiejąc się pytają czy mamy jakieś słodycze lub pieniądze. Nie mamy i idziemy dalej. Kilkanaście minut znów je spotykam i uciekam, one śmiejsą się tak głośno, że te ciche i martwe bloki ożywają. W domu patrzę jak na moim statywie osiadł mróz. Nigdy wcześniej nie fotografowałem tyle w zimie.

Zasypiamy. Śpimy 10 godzin.

Nastia opowiadała, że kiedy przyjechała siostra żony ich kolegi na siewier (strasznie podoba mi się to słowo – północ), spała 3 dni. Tutaj kiedy panuje noc polarna, dzieci mają wolne, a przy okazji mają święta. Ludzie tutaj pracujący wcześniej przechodzą na emeryturę. Ten brak słońca odbieram ludziom siłę. Organizm człowieka zaczyna się przestawiać i sam zaczynam to odczuwać. Kiedy się budzę, a za oknem noc to nawet jeśli jest już godzina 11-sta, chce mi się tak mocno spać jak o godzinie 6-tej. Misza i Nastia to potwierdzają. Ona przeżywa noc polarną po raz pierwszy. Ktoś napisał, że u nas w Polsce też ciemno, ale takie stwierdzenie jest jak powiedzenie, że w Polsce też jest śnieg. No jest. Ale ile?

Dopijam czaj i postaram się przez telefon wrzucić jedno zdjęcie i ten tekst. Jutro wracamy do Murmańska i nie wiemy co dalej. Data ważności wizy jest terminem tak twardym jak skorupa ziemi.

Murmańsk

Murmańsk - Noc Polarna

Murmańsk - Noc Polarna

Murmańsk - Noc Polarna

Murmańsk - Noc Polarna

Murmańsk - Noc Polarna
Schodzę po zaśnieżonych schodkach. Zatrzymuje się i szukam napisu na złotej tablicy. Wśród nich widnieje napis „К-141 «Курск»”. Po prawej stronie wielki czarny metalowy element. Ktoś położył goździki. Zmarznięte na śmierć. Dopiero gdy zbliżam się do małej tabliczki, odczytuje napis: fragment łodzi podwodnej Kursk. 12 sierpnia 2000 podczas ostatniego rejsu zabrał ze sobą 118 osób. Dotykam palcem fragmentu i zastanawiam się jak bardzo cierpiały i nadal cierpią Matki tych podwodnych żołnierzy. Tutaj służba w armii to nadal pewnego rodzaju duma. Synowie, czasem jedyni gdzieś tam głęboko oddali swoje życie.

ДДТ-Капитан Колесников

Dziś w nocy Boże Narodzenie w Rosji. Jutro rano uciekamy na zachód do małego miasteczka niedaleko granicy z Norwegią. Mam nadzieję, że uda się złapać internet i wrzucić kolejny wpis.

I bardzo dziękuję wszystkim za dobre słowa i ciepłe myśli! :-)

Atkuda Wy?

Murmańsk Murmańsk Murmańsk Murmańsk Murmańsk

Pierwsza moja myśl o czym by dziś napisać to moje łóżko. Jest za krótkie, ale wygodne. Poduszkę mam przy wielkim oknie i jak tylko się przebudzam to widzę ulicę, śnieg, bloki, dym z kominów i słyszę port. Nadal żyję czasem wywiezionym z domu i muszę to dziś zmienić. Śpię jak ubity, a na zegarku godzina 11. Patrzę zza kołdry, ciemno. Jak bardzo nie chce się wstawać. Wtedy głowa wysyła sygnał do całego ciała: nie jesteś na wakacjach.

W trolejbusie na dworzec kolejowy rozpinam kurtkę. Dziś jest bardzo ciepło, pada śnieg. Wręczam odliczone 17 rubli Pani konduktorce, uśmiecham się, Ona też. Uśmiech to bezcenna rzecz. W każdym autobusie i trolejbusie w tym mieście jedno miejsce przypada konduktorowi. Nie ma możliwości jazdy „na gapę”.

Robi się jeszcze cieplej kiedy znajduję się w maszynowni atomowego lodołamacza „Lenin” (jak znajdę więcej czasu to wrzucę cały wpis i fotografie z niego, najpewniej po powrocie). Razem z wycieczką krzątam się między dziwnymi instalacjami. Czekam, aż wszyscy wyjdą, a będąc ostatnim najlepiej się fotografuje puste pomieszczenia. Przewodnik popędza ludzi przypominając, że inni marzną przed i też chcieli by zwiedzić. W końcu docieramy do małego okienka z którego widać reaktor atomowy nieczynny zapewne od 1989 roku. Obok licznik Geigera. W normie. Robię sobie z nim zdjęcie.

Stoję przed blokiem z szarej płyty. Takie jakie lubię, chętnie fotografuję, takie w jakim mieszkałem na warszawskim Ursynowie. Jakiś sentyment, poczucie bezpieczeństwa. Te bloki są wszędzie takie same. Naszła mnie wielka ochota na Colę. W sklepie śmierdzi rybą, jest bardzo gorąco. 50 rubli, reszta i wychodzę. Z pokrowca wyjmuje statyw i rozkładam go na krawędzi wzgórza na którym stał ten blok ze sklepem. Popijam zimną Colę. U moich stóp cały Murmańsk, stolica Arktyki. Zachwycam się i naświetlam. Stoję tu sam. Wyjmuje z kieszeni telefon. Wysyłam SMS-a.

Dosłownie za kilka chwil pada moje ulubione pytanie: atkuda wy? Z Polszy! Zaczepiają mnie dwie Rosjanki które spacerują ze swoimi psami. Oba na mnie szczekają. Są jednak tak małe, że mogą mi jedynie buty wąchać.

– Skąd jesteś?
– Z Polski – odpowiedziałem szybko i dumnie.
– O! Myślałam, że z Finlandii – powiedziała druga kobieta
– Nie jest Ci zimno?
– Oczywiście, że nie
– Masz gdzie spać? – zapytała jedna
– Nie boisz się przyjeżdżać do Rosji? Tam u was mówią źle o nas i wy Polacy się boicie – zapytała druga
– Nie boje się, już u was byłem w Moskwie, Syberii i Władywostoku. Bardzo lubię wasz kraj.
– Spójrz jak u nas pięknie! – palcem przejechała po całej panoramie nocnego miasta
– Bardzo pięknie!

Obie życzyły mi wszystkiego dobrego w nowym roku, tym co robię i uśmiechnięte ze swoimi szczekającymi psami gdzieś zniknęły w nieoświetlonej części podwórka. Jedna z nich oczywiście musiała zapytać czy mam żonę bo tutaj w Rosji generalnie brakuje mężczyzn. Alkohol skraca im życie.

Chleb z kawiorem kończy mój dzień. Bogactwo za 50 rubli :)