Tag: Travel

Genua (część pierwsza)

Klasycznie.

Obudziliśmy się bladym świtem i pojechaliśmy na lotnisko. Tam czekał na nas autobus do Genui. Podróż trwała około 2,5 godziny bo wybraliśmy opcję droższą, czyli szybszą. Widoki robiły wrażenie (podobnie jak w drodze z Nicei do Monako). Zawsze jak widać morze to widok robi robotę. Granica miedzy Francją, a Włochami zaznaczyła się jedynie innymi znakami na szalenie podobnej drodze. Zakręty i tunele. W autobusie rozpościerał się fetor z łazienki.

Nasz hotel mieścił się może z 3 minuty spacerem od głównej stacji kolejowej. Wąska winda sunęła wolno, ale zdecydowanie. Za ladą recepcji w Hotelu Bernheof siedział właściciel. Duży z wielkim wąsem jak Mario. Jego Luigim była starsza kobieta, która była chyba jego żoną, ale tego nie wiem i chyba nie ma to żadnego znaczenia. Nasz pokój miał swoją prywatną łazienkę. Widok był na jakiś dziedziniec i wąski chodnik między kamienicami. Dokładnie z okna łazienki było można prawie dotknąć drugi budynek. Te charakterystyczne okiennice, zawsze przyciągają moje oko. U Maria były one plastikowe, a sam hotel był mocno wysłużony. Duży pokój z wielkim łóżkiem i małym telewizorkiem. Okazało się, że podczas całej podróży na tym łóżku spałem jak zabity.

Po małym ogarnięciu się ruszyliśmy na miasto. Samo centrum wypełnione jest wąskimi uliczkami, kolorowymi kamienicami i ogromną ilością przybyszów z Afryki. Gdzieś w oddali było widać nawet afrykańskie prostytutki, które w tym upale czekały na swoich klientów. Generalnie podobnie jak w Marsylii, miałem wrażenie, że jestem w jakiejś dziwnej części Afryki.

Kręciliśmy się jak zaklęci wśród tych labiryntów. W dłoni telefon, który wskazywał dobry kierunek. Mieliśmy równo 24 godziny na to by liznąć miasto. Zawsze sobie powtarzam, że można podróżować właśnie w dwojaki sposób. Pierwszy z nich to właśnie takie 24 godziny, gdzie lecimy po łebkach (chociaż to sporo czasu) i smakujemy tylko wyselekcjonowane miejsca i rzeczy. Drugim sposobem jest zostanie dłużej jak jedną noc i wtedy rośnie liczba smaczków. Jeśli miałbym stanąć po jakiejś stronie to uważam, że nie ma reguły. Wszystko zależy od miejsca i charakteru wyjazdu. Oba warianty są fajne. Uważam jednak, że siedzenie w jednym miejscu jest stratą czasu, ale są przecież takie miejsca, że i nawet 2 tygodnie to za mało.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Monako. Państwo miasto.

By zwiedzieć Monako nie trzeba tam nocować. Co więcej taki nocleg może mocno nadwyrężyć Wasz budżet i moim zdaniem nie warto zostawiać tam swoich pieniędzy.

Do Monako można dostać się samochodem, pociągiem lub autobusem. My wybraliśmy pociąg. W kilkanaście minut z Nicei do Monako w cenie 3,30 euro. Szybko i fajnie bo widoki za oknem szalenie relaksujące.

Samo Monako może zrobić wrażenie, a głównym tego powodem jest jego położenie. Piękny kolor Morza Śródziemnego, upchane domy na wzgórzach, a jeśli ktoś lubi popatrzeć na dobre samochody to miasto dla niego. Generalnie jest na co popatrzeć.

Na Monako poświęciliśmy około 4-5 godzin. Nieznośny upał przyśpieszył ucieczkę z tego państwa-miasta.

Monte Carlo (chyba ładniejsza nazwa jak Monako) zapadł mi w pamięci przez jeden obiekt. Nie to nie kasyno ani oceanarium. To stadion AS Monako (Stade Louis II).  Jego pojemność to blisko 19 tyś miejsc. Pamiętam, że wtedy miałem 15 lat i fascynowałem się wszystkimi obiektami sportowymi, a w szczególności stadionami. Na ich widok serce biło mi szybciej i chyba dziś już trochę z tego wyrosłem…

Tego dnia wróciliśmy na dobry włoski obiad do Nicei i popołudniu wskoczyliśmy do ciepłego słonego morza. Po prostu wakacje.

Reszta wpisów z wyjazdu:
Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem
Barcelona (część pierwsza)
Barcelona (część druga)
Barcelona (część trzecia)
Marsylia. Miasto gdzie spotyka się Europa z Afryką (część pierwsza)
Marsylia. Notre-Dame de la Garde (część druga)
Marsylia (część trzecia)
Nicea. Miasto, które nie porywa